Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Demony da Vinci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Demony da Vinci. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 lutego 2017

Męczeństwo świętego Wawrzyńca [4/?] (ff: Demony da Vinci)

Narada przeciągała się.
Przeciągała się po części też dlatego, że Lorenzo był wyraźnie rozkojarzony. Momentami zamyślał się, jakby zapadał w głąb siebie i wszelkie odgłosy z zewnątrz przestawały do niego docierać. Vanessa Moschella z trudem tłumiła niecierpliwe posykiwania – przywykła do podejmowania decyzji szybko i stanowczo. Ale czasy, kiedy była regentką Florencji, minęły – zachowała co prawda prawo głosu w Radzie, ale musiała, jak inni, podporządkować się Medyceuszowi. Nie było to takie złe – jego autorytet chronił ją; nie musiała już każdego dnia drżeć z obawy o los własny i Giulia. Pamiętała te poranki, kiedy budziła się w wielkim, bogato zdobionym łożu i dałaby wszystko, by znów wrócić do izdebki na zapleczu gospody. Tam mogła być po prostu sobą, nie musiała znosić źle zamaskowanej pogardy możnych Florencji, nie kłuły jej zawistne spojrzenia. Wiedziała doskonale, że choć za jej plecami stał wierny Dragonetti, to niektórzy z przedstawicieli Rady tylko czyhają, żeby potknęła się, aby raz na zawsze się jej pozbyć. Wygnać, nazywając tanią dziwką, zaprzeczając pochodzeniu jej syna i jego prawom do nazwiska Medyceuszów. Poczuła nagły przypływ wdzięczności dla Lorenza, za to, że tak łatwo zaakceptował fakt, iż mały Giulio jest jego bratankiem – i dla Klarysy, że przyjęła ją do rodziny, choć cała sytuacja musiała ją mocno upokarzać. To nie wypadało wręcz, aby matką jedynego dziedzica Medyceuszów była prosta dziewczyna, służąca z gospody, przelotna kochanka młodszego z braci. A jednak Klarysa przełknęła swą dumę, zaoferowała jej pomoc i doprowadziła do oficjalnego uznania jej syna. Vanessa postanowiła, gdy tylko narada się skończy, pójść i zapalić świeczkę w kaplicy, w której pochowano żonę Lorenza.
Póki co, czekała w milczeniu, aż Lorenzo ocknie się ze swego zamyślenia – i wspominała dzień, w którym powrócił z tureckiej niewoli. Zmienił się nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie; klęska i upokorzenie sprawiły, że stał się niemal bezduszny. Dawniej, choć porywczy i mściwy, potrafił hamować swój gniew – teraz wybuchał on z niszczącą siłą wobec każdego, kto śmiał mu się przeciwstawić. Florencja zmierzała ku tyranii; Vanessa widziała, jak gdzieś za plecami Medyceusza przedstawiciele możnych rodów wymieniają znaczące spojrzenia, słyszała urywane szepty, milknące, kiedy przechodziła korytarzem. W powietrzu wisiał bunt; ostatecznie, choć ród Medyceuszów władał tu od trzech pokoleń, miasto wciąż było republiką. Żadne rządy nie trwają wiecznie.
Nie pozwolę – pomyślała w nagłym wybuchu determinacji. – Nie dam się wygnać ani zabić. Lorenzo musi zrozumieć… musi…
Medyceusz drgnął nagle, jak obudzony ze snu. Rozejrzał się po twarzach rajców, jakby próbując zebrać myśli; pionowa zmarszczka przecięła mu czoło.
– Wybaczcie – powiedział wreszcie. – Źle się czuję przez ten upał. Przełóżmy radę na… na pojutrze.
Zebrani pokiwali głowami. Rzeczywiście, mimo szeroko otwartych okien, powietrze w sali było ciężkie i duszne. Sierpniowy skwar dawał się wszystkim we znaki, od wielu dni nawet kropla deszczu nie spadła na spieczoną ziemię. Studnie miejskie zaczynały wysychać, woda w Arno zrobiła się mulista i mętna. Niektórzy szeptali, że to kara za opór stawiony papieżowi i niechęć Florencji do przyłączenia się do krucjaty, która miała odepchnąć Turków z powrotem za morze.
Lorenzo przymknął oczy i odchylił głowę w tył, opierając ją o wezgłowie fotela. Rajcowie zrozumieli, że to koniec narady; zaszurały odstawiane krzesła. Wreszcie w sali pozostał tylko on i Vanessa.
– Nie idziesz do dziecka? – spytał, nie otwierając oczu.
– Jest u niańki – odparła. Usłyszał jej ciche, lekkie kroki i po chwili chłodne ręce dotknęły jego skroni. Masowała je przez chwilę, aż Lorenzo poczuł, że opuszcza go napięcie, które trzymało go od rana, od chwili, kiedy…
– Mam go – powiedział cicho. – Wreszcie go złapałem.
– Kogo?
– Zabójcę Klarysy. Riario.
Usłyszał, jak szybko wciąga powietrze.
– Wrócił do Florencji? Po co?
– Był tu cały czas. Może na coś czekał. Może znowu coś planował… Ciebie? Giulio?
Poczuł, jak dziewczyna cała się wzdrygnęła.
– Gdyby coś zrobił Giulio… – zaczęła i urwała. – Kiedy go osądzisz?
– Nie ma takiej potrzeby. Nie będę ryzykował rozgłosu. Jutro będzie po wszystkim.
– Lorenzo… Co ty zamierzasz?
Zamiast odpowiedzi schwycił ją za rękę i pociągnął przed siebie, objął w talii i posadził sobie na kolanach. Dopiero teraz otworzył oczy; patrzyła z bliska w ich zimny błękit. Usta Lorenza rozciągnął niewesoły uśmiech.
– Oczyszczę go. Odprawię nad nim egzorcyzm. Wypalę jego grzechy.
– Mówisz jak on – szepnęła Vanessa. – On też zawsze miał usta pełne frazesów o Bogu, grzechu, nawróceniu…
– Osiągnie teraz to, do czego całe życie dążył. Zostanie świętym męczennikiem.
– Lorenzo… przerażasz mnie. Nie obawiasz się? Papież…
– Papież się nie dowie. Tylko ja i Dragonetti wiemy, kogo schwytano… a teraz ty. Nikt mi nie przeszkodzi. – Przyciągnął dziewczynę bliżej do siebie, zanurzył usta w jej rudoblond włosach. – Pomóż mi zapomnieć.
– Zapomnieć? O czym, Lorenzo?
– Że on tam jest… w lochu… w rękach Bartolomeo. Nie mogę przestać o tym myśleć, wyobrażam sobie wciąż, co tamten mu robi… Słyszę jego krzyk. Chcę tam pójść, zobaczyć to na własne oczy… – słowa Lorenza robiły się coraz bardziej urywane, usta wykrzywił grymas. –  Chcę czuć jego krew! I nie mogę, nie mogę, rozumiesz, nie wolno mi!
– Dlaczego?
– Gdyby powiedział coś o Klarysie… gdyby choć wymówił jej imię, mógłbym sam go zabić… a to byłby akt miłosierdzia. Nie ma we mnie miłosierdzia. Nie dla niego.


***
– Komuś jajecznicy? – Zoroaster zabełtał łyżką w żółtawej mazi wypełniającej garnek.
– Nie teraz, Zo. – Nico sięgnął po kolejne jajko z koszyka, zręcznym ruchem wybił w nim dwie dziurki, a potem wydmuchał zawartość do naczynia. Pustą skorupkę podał Leo, który zalepił dolną dziurkę woskiem, a przez górną zaczął wlewać ciemną, gęstą i cuchnącą substancję, w jaką zamieniły się gotowane pod ciśnieniem grzybki. Wypełnione jajko ostrożnie odłożył na stół, gdzie spoczywał już tuzin innych.
– Możesz mi powiedzieć, po co to robimy? – spytał Zo, przysiadając na krawędzi stołu. Nico wrzasnął, gdyż deski przechyliły się nieco i jajka zaczęły się turlać. – Będziesz hodował bazyliszki?
– Bazyliszek to mit – syknął Leo z irytacją. – Zo, zajmij się czymś. Bierz pędzel i ozdabiaj nasze kostiumy.
– Pędzel? A farba gdzie?
– Tam. – Leonardo wskazał na metalową rynienkę, na dnie której zebrała się warstwa szarego błotka. – Rozrób to z czymś i smaruj.
– Czyś ty, kurwa, oszalał? Mam smarować nasze płaszcze twoimi szczynami?
– Zo, nie mamy czasu. Jak wolisz, to ja się tym zajmę, a ty siadaj tu za mnie. – Leo zerwał się od stołu.
– Nie włożę tego potem na siebie. Nawet o tym nie myśl.
– Włożysz, włożysz. Nico, dużo jeszcze tych jajek zostało?
– Jeszcze kilka, już kończę.
– Dobrze. Potem się przebierzesz za żebraka. Potrzebne mi jeszcze plany… gdzie ja je miałem… – Leo ruszył szukać czegoś w stosie papierów zalegających w kącie pracowni, podczas gdy Zo, krzywiąc się niemiłosiernie, zanurzył pędzel w śmierdzącej zawiesinie i zaczął rozmazywać ją na materiale.
Pół godziny później wszystkie wydmuszki zostały napełnione, a rozwieszone na ścianach płaszcze suszyły się, wydzielając przenikliwą woń. Zoroaster, klnąc, szorował ręce w cebrzyku, Nico kichał i przecierał załzawione oczy. Leonardo, mamrocząc pod nosem, ugniatał w garnku jakąś ciastowatą substancję.
– Nico, sprawdź, ile mamy wody! – zawołał, nie podnosząc wzroku. Chłopak podskoczył do beczki w kącie, uniósł okrągłe wieko.
– Połowę! – zameldował.
– To skocz do studni i przynieś jeszcze ze dwa wiadra. Tylko migiem.
Nicowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Schwytał drewniane wiaderka i wybiegł na ulicę, zaraz za progiem z ulgą wciągając do płuc świeże powietrze.
– A teraz powiesz wreszcie, o co chodzi? – Zoroaster wytarł starannie ręce w szmatę, podszedł i stanął przed Leonardem, krzyżując ręce na piersi. – Po co ci to wszystko, te stroje, – wskazał na płaszcze i suszące się nad nimi na półce trzy pomalowane na czarno gipsowe maski – te grzybki, tamto śmierdzące świństwo? Dlaczego każesz Nico przebrać się za żebraka?
– Wszystko wam wytłumaczę, tylko…
– Tak, lepiej wytłumacz. – W głosie Zoroastra zabrzmiały groźne nuty. – Jak mają nas powiesić, niech przynajmniej wiemy, za co.
Leonardo podniósł głowę, patrząc na przyjaciela ze zdumieniem przemieszanym z oburzeniem. Czarna broda Zo nastroszyła się, a brwi ściągnęły gniewnie; wyglądał, jakby z największym trudem powstrzymywał się, by nie wybuchnąć.
– Kiedy przybiegłeś z pałacu Lorenza – kontynuował – myślałem, że masz po prostu pilne zlecenie na kostiumy do przedstawienia. A grzybki… no cóż, sądziłem, że potrzebujesz na własny użytek. A ty… Kręcisz jakąś grubszą aferę, Leo, i nie podoba mi się to.
– Zo, cierpliwości. Nie chciałem wcześniej mówić, ale...
– To ma związek z Riario, tak?
– Co??? – Leonardo zerwał się na równe nogi. – Ale jak… ale… skąd wiesz?
– Łączę fakty – wyjaśnił Zoroaster, podchodząc bliżej. Leonardo mimowolnie cofnął się. Zo zwykle akceptował bez gadania jego najbardziej szalone pomysły, ale teraz… teraz chyba naprawdę był wściekły. – Słyszałem, że dziś rano Dragonetti aresztował jakiegoś typa, tracąc przy tym pięciu gwardzistów. Przyznasz, że to niezły wyczyn. Ilu znamy ludzi, którzy potrafią tak walczyć? Potem przybiegasz ty, wysyłasz nas po różne rzeczy, śpieszysz się, jakby cię sam diabeł gonił i masz ten taki wyraz w oczach… taki jak wtedy, gdy…
– Przyszedł mi do głowy pewien wynalazek! – powiedział Leo obronnym tonem. – I musiałem…
– Nie tak wyglądasz, kiedy zaprząta cię po prostu wynalazek. – Zoroaster pokręcił głową. – Nie kłam, Leo, raz, że znam się na kłamcach, dwa – ile lat znam już ciebie? Chcesz go uwolnić, tak?
Leonardo bezradnie rozłożył ręce. – Zgadłeś.
– A zdajesz sobie sprawę – syknął Zo – że jeśli Riario ucieknie, a Lorenzo poweźmie choćby najdrobniejsze podejrzenie, że maczałeś w tym palce, powiesi nas wszystkich za jaja?
– Nikt nie będzie nas podejrzewał, ja…
– Leo, oprzytomnij. Nie zauważyłeś jeszcze, że cokolwiek dziwnego dzieje się w tym mieście, wszyscy od razu myślą, że to twoja sprawka? Nie wiem, jak daleko od Florencji musiałbyś się znajdować, żeby podejrzenie NIE padło na ciebie.
– Zaufaj mi, Zo. Czy kiedykolwiek źle na tym wyszedłeś? No dobra, zaufaj mi po prostu! – poprawił się Leonardo, widząc wyraz twarzy przyjaciela. – Wszystko dokładnie obmyśliłem. Patrz, mam tu plany pałacu Medyceuszy. Pójdziemy…
– Słuchaj, Leo. Wiem, że jesteś mądrzejszy, genialny i w ogóle. Na pewno wszystko doskonale zaplanowałeś. Ale ostrzegam cię: niech cokolwiek stanie się Nico, a wypruję ci flaki osobiście, nie będę czekał, aż zrobi to Lorenzo!
– Nic mu się nie stanie, Nico to sprytny chłopak, poradzi sobie.
– Powiedz mi tylko jeszcze jedną rzecz – przerwał mu z goryczą w głosie Zoroaster. – Dlaczego, do jasnej cholery? Czemu Riario? Co takiego ważnego jest w tym dupku, że chcesz za wszelką cenę go ratować?! Dlaczego tak łatwo przychodzi ci ryzykować życiem przyjaciół dla tego obślizgłego gada?!
– Ratuję nie tylko jego. – Leonardo podniósł głowę, spoglądając Zoroastrowi prosto w oczy. Położył ręce na jego ramionach i zmusił go, by usiadł. – Ratuję też Lorenza. I Florencję. Riario może i wypadł z łask papieża… ale więzów krwi nie zerwiesz tak łatwo. Nadal jest jego synem. I jeśli ten się dowie, jaką śmierć zgotował mu Lorenzo… to nie skończy się na ekskomunice. Wyruszy na nas z krucjatą, jak na Turków. Tak będzie.
– Nie mogłeś tego wyjaśnić – jemu?
– Lorenzowi? Myślisz, że wysłuchałby choć słowa? Gdybym sprzeciwił mu się choć mrugnięciem, już siedziałbym w lochu, obok Riario. A tak… mogę przynajmniej coś zrobić i naprawić jego błędy – nawet wbrew jego woli.
– Nie licz na to, że ci podziękuje – mruknął Zoroaster.

– Nie liczę. Raczej czuję, że trzeba będzie pożegnać się z tym wszystkim. Podobno książę Mediolanu potrzebuje inżyniera…

poniedziałek, 13 lutego 2017

Demonki raz jeszcze, po trzecim (i ostatnim) sezonie

Jakoś tak się złożyło, że zaczęłam oglądać serial Demony da Vinci, zafascynowałam się do tego stopnia, że zaczęłam pisać fanfik (motywowana głównie chęcią sponiewierania pięknego hrabiego Riario, ale ćśśśś...), po czym w okolicach czwartego odcinka trzeciej serii przerwałam i zostawiłam serial na prawie rok. Fanfik też zdechł (aczkolwiek są nadzieje na reaktywację, ale ćśśśśś...).
Ostatnio jednak przypomniałam sobie o serialu i postanowiłam dokończyć.

W trzeciej serii wszyscy obrywają jak się patrzy


Głównym tematem trzeciej serii jest turecka inwazja na Włochy, rozpoczęta bitwą pod Otranto w 1480 roku i próba zmontowania krucjaty w celu odparcia Turków. To na poziomie politycznym, a na poziomie osobistym - Leoś nadal poszukuje zaginionej Księgi Liści, a właściwie jednej, ocalałej z niej strony, zaś po piętach depcze mu tajemnicza i groźna organizacja zwana Labiryntem, chcąca koniecznie przeciągnąć go na swoją stronę. Trup ściele się gęsto, powiedziałabym, że nawet gęściej niż w poprzednich seriach. I, cholera jasna, widząc kolejną scenę ze znajdowaniem malowniczo upozowanego truposza, miałam ochotę potrząsnąć twórcami filmu - "hej, Hannibal to w sąsiednim studiu, a wy tu kręcicie historię Leonarda da Vinci, do cholery!". Nie zaryzykowałabym twierdzenia, że poziom absurdu przerasta poprzednie serie, bo czy Turcy w czołgach są bardziej absurdalni od Leosia w Ameryce - to niewątpliwie temat na długą dyskusję.

No jakby nie patrzeć, Leoś naprawdę wymyślił czołgi!

Z rzeczy irytujących: nadużywanie puenty w postaci artystycznie upozowanych zwłok, twórcy nadal nie umieją w hierarchię społeczną, wałkowany w kółko motyw zjednoczenia Włoch - miałam się nie irytować na historyczne bzdury, ale to naprawdę nie te czasy - oraz traktowanie Leosia jak jakiegoś bóstwa, które zstąpiło na ziemię, by uratować świat. Oprócz tego załatwianie mnóstwa rzeczy za pomocą wizji i przepowiedni (no tak, bohaterowie nie mogą sobie przekazać informacji przez komórkę, nawet Leoś jeszcze jej nie wymyślił, a przeca jakoś muszą się powiadomić "nie jedź tam, tylko tu, bo musisz się spotkać z pewną osobą..."), a pod koniec robi się już zupełnie opkowo, bo znienacka pojawia się... siostra Leonarda. TAG. O ile pamiętam, jednym z punktów testu na Mary Sue jest "czy twoja postać jest siostrą/kuzynką kanonicznego bohatera"... Czasoprzestrzeń nadal zakrzywia się w tę i wewtę, co objawia się tym, że bohaterowie z dowolnego punktu A do dowolnego punktu B przemieszczają się błyskawicznie. Na przykład, kiedy Zo i Nico podróżują do Transylwanii, by zwerbować Drakulę - ot, wsiedli na konie, ruszyli i już są na miejscu. Aż sobie sprawdziłam - ponad 1600 kilometrów... A także wszelkie rzeczy, które muszą zostać wyprodukowane za pomocą skomplikowanej technologii i w hurtowych ilościach, zjawiają się jak za pstryknięciem palców.

I nagle całe wojsko ma fikuśne zbroje z rzadkiego metalu. Za to hełmów nie, bo nie byłoby widać, jacy są ładni. 


No i motyw, który wkurza mnie niezależnie od filmu, w jakim występuje - "biedny misio co prawda zabił wielu ludzi w bardzo okrutny sposób, ale nie był sobą, więc wybaczymy mu i puścimy wolno". Na szczęście nie wszyscy bohaterowie ten pogląd wyznają. Znaczy ok, rozumiem, że tu się pojawia jakby kwestia niepoczytalności, ale osoby niepoczytalne, które kogoś zabiły, też izoluje się i leczy, póki nie przestaną stanowić zagrożenia, a nie puszcza wolno, bo one przecież nie chciały.

Zostawcie Hannibala, zajmijcie się Leonardem!


Oraz rzecz, która wybitnie mnie wkurzyła... uwaga będzie SPOILER. Jak pisałam, tajemnicza organizacja zwana Labiryntem chce zwerbować Leosia, tak jak wcześniej zwerbowała Riario. Schwytali go i teraz torturują, zakraplając do oczu jakąś substancję, dopóki nie uzna, że "jest z nimi jednością". Trwa to cały odcinek, po czym na koniec, na jakiejś leśnej drodze, widzimy Riario, który oddaje sponiewieranego Leo w ręce Zo i Lukrecji, którzy akurat tamtędy przejeżdżali (z tragarzami). I do końca nie dowiadujemy się, JAK on go właściwie uwolnił. Był świadkiem tortur, sądziłam, że zdecydował się zdradzić Labirynt i zabił pozostałych, ale nie, w kolejnych odcinkach okazuje się, że wszyscy żyją - i nawet nie robią Riario żadnych wyrzutów, że sprzątnął im Leo sprzed nosa. Nikt nic nie wyjaśnia - ot, uwolnił to uwolnił, na uj drążyć temat. Sorry, twórcy, TAK SIĘ NIE ROBI.  (I na was też patrzę, twórcy Sherlocka!)

Hm, wygląda na to, że trzecia seria mnie głównie irytowała - ale przecież mimo wszystko oglądałam ją z uciechą. Wiecie, mimo wszystko lubię tego Leosia, który wiedział zdecydowanie za dużo, nawet jak na geniusza - ale na litość, piętnastowiecznego! - i który był w stanie w każdej chwili zbudować coś z niczego, całkiem jak MacGyver. Natomiast hrabia Riario w dużym stopniu zaspokaja moje potrzeby estetyczne ;) Pominąwszy mistyczne pitolenie o Księdze Liści, Labiryncie i takich tam, mamy tu ciekawie zarysowany wątek tworzenia antytureckiej krucjaty i przekonywania tych wszystkich niezależnych włoskich państewek, aby ruszyły razem. Mamy nową silną postać kobiecą, a jedna ze "starych" też się zdecydowanie rozwija.

Bohater sponiewierany może mieć +100 do zajebistości, bo sponiewieranie w żaden sposób nie ujmuje mu urody. Ofiara ciężkiego pobicia ma kilka malowniczych szram, ale żadnych sińców, czy podbitych oczu.
I oczywiście wszystkie zęby na miejscu :)

Ciekawostka: twórcy musieli zdawać sobie sprawę, że czwartej serii nie będzie, bo o ile dwie pierwsze kończą się dramatycznymi cliffhangerami, trzecia domyka wątki i nie zaczyna nowych (no, może oprócz jednego). 

Mimo wszystko ten serial można zaliczyć raczej do guilty pleasures... Aczkolwiek nie będę ukrywać, że widząc promocję w Empiku, a przy tym mając na koncie kasę za ankiety, nabyłam sobie od razu dwie pierwsze serie, o. 

Oraz jeśli miałabym określić gatunek serialu - to historyczny zdecydowanie nie, kostiumowy też niekoniecznie (jeśli przez to rozumiemy jaką-taką wierność realiom; tu stroje po prostu mają być ładne, ot, Leo popyla w całkiem współczesnej kurtce, której brakuje jedynie zamka błyskawicznego). Więc co? Po prostu fantasy.

Dajcie mi ładnego bohatera w ładnej kurteczce :) 


Swoją drogą, ciekawe, co byłoby w czwartej serii, gdyby powstała - żeby przebić trzy pierwsze Leoś musiałby chyba polecieć w kosmos... 

wtorek, 16 lutego 2016

Męczeństwo świętego Wawrzyńca (ff: Demony da Vinci) [3/?]

Stara Colombina nawet w młodości nie grzeszyła urodą, gołębiego serca też nigdy nie miała. Wdowa od wielu lat, utrzymywała się z prania i sprzątania, jednak wszyscy w okolicy wiedzieli, że ma też dodatkowe źródło dochodów. Po zmierzchu nieraz rozlegało się szybkie, niecierpliwe pukanie do drzwi jej ubogiej izdebki i jakaś owinięta płaszczem postać wślizgiwała się do środka, rozglądając trwożnie, czy ktoś nie widzi. Potem wychodziła, ściskając coś za pazuchą, podczas gdy Colombina z miną sytego kota przeliczała zarobione miedziaki, srebrne monety, a czasami, choć bardzo rzadko, i złote floreny. Mówiono, że nikt nie warzy tak skutecznych napojów miłosnych, jak ona. Sama Colombina była bardzo zainteresowana podtrzymywaniem tej opinii, zwłaszcza że, jak z uciechą stwierdzała sama przed sobą, każdy napój miłosny pracuje dla niej dwa razy – raz, kiedy zakochana dzierlatka kupuje go, by zwabić do siebie wymarzonego mężczyznę, a drugi – gdy kilka miesięcy później przychodzi prosić o pomoc w kłopotach.
Tak więc nocni goście oczekiwani byli niecierpliwie, ale dobijanie się do drzwi w środku dnia nie wróżyło raczej nic dobrego.
Colombina wytarła ręce z mydlin i uważnym wzrokiem obrzuciła swą izdebkę. Nie, nie ma w niej nic podejrzanego, nic, co mogłoby wskazywać, że mieszkająca tu szacowna wdowa zajmuje się czymkolwiek innym niż praniem cudzej bielizny. Nic, co dawałoby do zrozumienia, że zarabia więcej niż te nędzne miedziaki, o jakie co sobota zajadle wykłócała się ze swymi chlebodawcami. Dobrze.
– Zara, zara, pali się, czy co? – zaskrzeczała i poszła otworzyć drzwi.
– No wreszcie, babo! – powiedział wysoki, brodaty mężczyzna, bezceremonialnie ładując się do jej mieszkanka. Colombina osłupiała.
– Zoroaster, obwiesiu, ty tutaj?! – sapnęła, kiedy już wreszcie odzyskała głos. – No, no, a cóż cię tak przypiliło, że aż przychodzisz do Colombiny po radę? Przestał ci stawać?
Mężczyzna zwany Zoroastrem rzucił jej wściekłe spojrzenie czarnych oczu, a jego krótka, gęsta broda aż najeżyła się z irytacji.
– Nie pozwalaj sobie, wiedźmo… Niepotrzebne mi twoje afrodyzjaki, przyszedłem po co innego. On mnie przysłał.
Oczy Colombiny błysnęły, a jej mózg zaczął pracować szybciej. Skoro zjawia się u niej Zoroaster, kamrat słynnego Leonardo, to znaczy, że będzie można zarobić! O Leonardo wieść gminna głosiła… ach, czego ona nie głosiła. Mówiono, że rozmawia z nietoperzami i innym nocnym plugastwem. Mówiono, że w swej pracowni kraje wykradzione z cmentarza trupy, by odnaleźć miejsce, w którym kryje się dusza. Mówiono, że w bitwie potrafi zesłać na wroga deszcz ognia i siarki, jak aniołowie pańscy na Sodomę. Mówiono, że chodzi pod wodą, oddychając jak ryba. Mówiono wreszcie, że płaci mu i Lorenzo, i papież, i Turkowie…
– To i dobrze, bo nie mam żadnych afrykańskich znaków. ON cię przysłał, mówisz? A czegóż to wielki czarnoksiężnik Leonardo potrzebuje od ubogiej wdowy?
– Leo nie jest czar… – zaczął Zoroaster, lecz przerwał, wzruszając ramionami. – Nieważne. Potrzebuje jakichś grzybów, o, tu mi narysował. – Z sakiewki przy pasku wydostał pomiętą karteczkę. – Mówił też, jak się nazywają, ale wiesz. Po łacinie.
Colombina wzięła karteczkę i przyjrzała jej się uważnie, po czym w zamyśleniu pokiwała głową.
– To nie będzie takie proste, kochasiu… – zaskrzeczała. – Zdobycie tych grzybków jest trudne, niewiele ich tu rośnie, a ja mam tylko odrobinę, na własny użytek… Stara już jestem, zbierać mi coraz trudniej…
– Dobrze, dobrze, gołąbeczko, nie kręć, tylko gadaj: ile za nie chcesz?
– Dziesięć florenów.
Zoroaster gwizdnął.
– Czyś ty, babo, oszalała?! Ile?! Co ty uważasz, że sram złotem?! Pokaż w ogóle najpierw, ile tego masz, bo może w ogóle nie warto zawracać sobie głowy…
Colombina skinęłą głową i podreptała w kąt izby, gdzie za obluzowaną deską trzymała swe skarby. Pogrzebała chwilę i wyciągnęła przybrudzone zawiniątko z grubego płótna. Dość spore, jak ocenił Zoroaster. Bezceremonialnie wyciągnął rękę i chwycił woreczek, mimo skrzekliwych protestów właścicielki, po czym rozsupłał i zaczął uważnie porównywać zawartość ze szkicem. Wreszcie, zadowolony, podniósł wzrok na Colombinę.
– Dam florena – oznajmił.
– Cooo?! – wiedźmę aż zatchnęło. – Tylko florena, za moją ciężką pracę?!
– Dałbym dwa, gdybyś miała już gotowy wywar.
– Nie mam – burknęła. – A za dwa też bym nie sprzedała, to się gotuje siedem godzin, w wodzie z siedmiu źródeł, w pełnię ksieżyca… Dwa floreny, też coś!
– Dobra, daję dwa za same grzybki.
– Osiem. Taniej bym bratu rodzonemu nie sprzedała!
– Trzy i grosza więcej nie dam. A brata prędzej byś okradła, gołąbeczko, niż coś mu sprzedała uczciwie!
– Pięć i niech będzie moja krzywda, Pan Bóg wspomni na samotną wdowę…
– Cztery, a Pan Bóg cię w końcu pokarze, że tak zdzierasz z biednych ludzi.
– No, no, tylko mi nie mów, że na biednego trafiło! – parsknęła Colombina. – Cztery i wypłacasz mi tu od razu, z ręki do ręki, żadnych obietnic! Albo własne ucho zobaczysz, a nie grzybki!
– Dobra, już dobra. – Zoroaster pogrzebał w sakiewce, błysnęły złote monety. – Masz, kostucho, a pokłoń się ode mnie czartu, jak mu będziesz na sabacie kopyto całować.
Colombina chuchnęła na monety i czym prędzej schowała je za pazuchę.
– Ej, kochaneczku – zagruchała przymilnie – a nie zostałbyś jeszcze na chwilę? Pogawędzimy… Napijemy się, mam winko zacne, rozgrzewające kości… Twój Leonardo poczeka, krzywda mu się nie stanie!
Zoroaster spojrzał w dół, na dłoń Colombiny, która podczas tej przemowy zdążyła jakoś tak przypadkiem, po brzegu rozchełstanej koszuli, zabłądzić na jego pierś. Ujął ją dwoma palcami za nadgarstek i zdjął z siebie jakby zdejmował robaka.
– Dzięki… dzięki... ale naprawdę się spieszę. Innym razem! – rzucił, cofając się, aż natrafił plecami na drzwi. Otworzył je i wypadł czym prędzej na zewnątrz, jakby ziemia mu się paliła pod nogami.
Colombina uśmiechnęła się złośliwie i wróciła do izby. Sięgnęła za pazuchę, wyciągnęła monetę, nadgryzła i pokiwała głową z uznaniem. Dobre, uczciwe złoto.
Przez chwilę zastanawiała się, po co temu Leonardo potrzebne są grzyby, po których mądre niewiasty, takie jak ona, w księżycowe noce latają aż na sabat i z powrotem… ale wreszcie wzruszyła ramionami. Może i on ma jakąś sprawę do samego czarta.

***
– Mam to, o co prosiłeś, mistrzu! – rzucił z przejęciem Nico, wyjmując na stół zawartość skórzanej sakwy. – Siarka… wschodnie przyprawy… oliwa… – Kichnął głośno, gdyż całą pracownię przenikał jakiś ostry, nieprzyjemny zapach.
– Z tymi grzybami było trochę problemu. – Zoroaster splunął z niesmakiem. – Wyobrażasz sobie, czego chciała w zamian ta stara wiedźma spod zachodniej bramy?! Nie wyobrażasz. Ledwie udało mi się uciec! Pfuj! – Otrząsnął się ze wstrętem. – Co tu tak śmierdzi?
– A peleryny? – mruknął Leonardo, nie odrywając wzroku od planów jakiegoś budynku. Zoroaster cisnął na stół spory pakunek obwiązany sznurem.
– Wszystko jest, nawet… – Pogrzebał głębiej w torbie, ostrożnie wyciągając małą paczuszkę, owiniętą w skrawek ciemnego jedwabiu. – Myślałem, że już z tym skończyłeś!
– Skończyłem. – Leonardo rozwinął paczuszkę i delikatnie roztarł w palcach szczyptę opiumowego proszku. – Rozmieszaj to z winem, a ty, Nico, weź moździerz i utrzyj na proszek te grzyby, tylko raz-dwa! Zo, pytałeś ją, ile to trzeba warzyć?
– Tak, przez siedem godzin, w wodzie z siedmiu źródeł, coś tam jeszcze… Aha, przy pełni księżyca.
– Cholera, nie mamy tyle czasu… – Palce Leonarda zatrzepotały nerwowo. – Pełnia księżyca… hm… to pewnie tylko zabobon, woda z siedmiu źródeł… hm, może chodziło jej o różne właściwości… trudno, to pominiemy… ale czas gotowania… jeśli siedem godzin jest niezbędne do uzyskania odpowiedniej koncentracji… Musimy to jakoś przyspieszyć!
Zoroaster i Nico spojrzeli na siebie i wzruszyli ramionami. Wydobyć z Leo jasną wypowiedź było trudniej, niż wycisnąć wodę z kamienia. Miał w sobie coś z kuglarza, który pilnie strzeże sekretów swoich sztuczek, bo wie, że te, raz rozszyfrowane, będą wydawać się widzom banalnie proste i nieinteresujące. Owszem, zdarzało się, że coś im tłumaczył, ale zawsze wtedy mówił tak szybko, posługując się przy tym tak niezrozumiałymi nazwami i terminologią, że dawno dali sobie spokój z próbami zrozumienia, poprzestając na dokładnym wykonywaniu poleceń.  
Jednak pewna sprawa domagała się wyjaśnienia natychmiast.
– Leo! - huknął Zoroaster. – Co tu tak śmierdzi, do diabła, przecież udusić się można! – Spojrzał na palenisko, gdzie w metalowej rynience bulgotała jakaś podejrzana ciecz. – Co ty tam gotujesz, kocie szczyny?!
– Ludzkie – wyjaśnił nieuważnie Leonardo. – A dokładniej mówiąc, moje własne.
– Cooo???
Da Vinci wreszcie podniósł głowę znad rozłożonych na stole planów. Rozejrzał się nieprzytomnym wzrokiem po pracowni i sięgnął szybkim ruchem po jedną z książek ułożonych w chwiejny stos. Nico rzucił się ratować rozpadającą się wieżę, podczas gdy Leonardo nerwowo przewracał kartki, mamrocząc coś pod nosem.
– Tu! Tu, zobaczcie, Awicenna w swoim traktacie pisze, że jeśli będziemy prażyć mocz wystarczająco długo, otrzymamy substancję, która…
– Leo… – Zoroaster mówił powoli i wyraźnie jak do dziecka. – Nie opowiadaj mi o tym, nie chcę tego słuchać, nie obchodzi mnie, co to za substancja ani co z nią zrobisz, o ile nie każesz mi tego pić! Rozumiemy się? I wywietrz porządnie, jak już skończysz.
– Dobrze. – Wzrok Leonarda nadal był rozkojarzony, jakby patrzył gdzieś daleko w przestrzeń, przenikając ściany pracowni. – Nico… Nico! Znajdź mi ten żeliwny garnek z pokrywką, tak, ten nieduży. Jeśli go odpowiednio uszczelnimy… tylko czym?
– Gliną? – podpowiedział przejęty Nico.
– Lepiej smołą. No więc, jeśli go uszczelnimy, wytwarzająca się para nie będzie miała ujścia... Tak! Już starożytni o tym pisali, Heron z Aleksandrii skonstruował maszynę, która dzięki działaniu pary obracała się i…
– To się ma obracać? – nie rozumiał Zoroaster.
– Nie, to się ma szybciej gotować. Para zwiększy ciśnienie w środku kociołka i wtedy…
– ...wtedy wszystko w pizdu wybuchnie – dokończył sceptycznie Zo. Leonardo spojrzał na niego, mrugając, wybity z transu.
– Masz rację – przyznał wreszcie. – Ale jeśli zostawimy małą szczelinę…Dla bezpieczeństwa… Powinno się udać!
– Próbowałeś już tego kiedyś?
– Nie, ale czytałem… Nico, co z tym garnkiem?! Musimy zdążyć przed wieczorem.
– A może powiesz nam łaskawie, o co chodzi? – zirytował się Zoroaster.
– Powiem. Później. Teraz potrzebuję jeszcze… Zo, leć na targ i kup tuzin jajek. Albo nie, dwa tuziny. Nico, jak już skończysz z grzybami, skocz na strych i poszukaj tych starych, karnawałowych masek.
– Mistrzu, po co?
– No jak to, po co. Szykujemy się do przedstawienia!


***
Kiedy tamci dwaj wyszli, strażnik przyniósł mu nieco wody, nie z litości, a po to, by nie opadł całkiem z sił przed jutrzejszym świętem. Była cuchnąca i paskudna w smaku, lecz jednocześnie była pierwszą rzeczą do picia, jaką dostał od Bóg wie ilu godzin, więc, choć dławił go wstyd, chłeptał chciwie z miski, którą ledwie był w stanie utrzymać w obolałych i spuchniętych rękach. Przykuto go do ściany krótkim łańcuchem, który nie pozwalał się położyć; siedział więc, wyprostowany, przyciskając plecy do zimnych kamieni. To przynosiło nieco ulgi. Dałby wiele za kilka godzin snu, ale kiedy tylko głowa mu opadała, ukryte w żelaznej obroży kolce zmuszały go, by podniósł ją znów.
Kat Lorenza znał się na swej robocie; choć tortury zdawały się trwać w nieskończoność, Riario ani razu nie stracił przytomności. Sam Lorenzo nie pojawił się w piwnicy, jakby Girolamo nie interesował go nawet na tyle, by chciał ponapawać się jego cierpieniem.
Próbował zagadać do strażnika. Obiecywał mu wszystko, co tylko mógł: pieniądze, zaszczyty, łaskę papieża. Zaklinał na zbawienie jego duszy. Jednak młody człowiek patrzył na niego z całkowitą obojętnością, nie reagując na nic – doskonale wytresowany, a może po prostu głuchy? Gdy w misce ukazało się dno, zabrał ją i wyszedł bez słowa, pozostawiając Girolamo przeklinającego bezsilnie w ciemności.

czwartek, 11 lutego 2016

Męczeństwo świętego Wawrzyńca (ff: Demony da Vinci) [2/?]

– Ej, synek, zostaw te zabawki. Ty tu przyszedłeś uczyć się, czy krotochwile robić?
Siedemnastoletni Jacopo Pierini oderwał się od rozłożonego na solidnym, dębowym stole żelastwa, które przeglądał z wielkim zainteresowaniem i spojrzał na swego mistrza. Stary Bartolomeo jak zwykle pojawił się bezszelestnie – mimo wieku i tuszy wciąż potrafił poruszać się jak kot. Teraz spoglądał na chłopaka z czymś w rodzaju dobrotliwego uśmiechu, rozciągającego bezzębne usta.
Jacopo uważał się za szczęściarza. Jeszcze miesiąc temu był nikim – ot, jeden z miejskich szczurów, piąte dziecko taniej dziwki z przedmieścia, złodziej i awanturnik. Spędzał dnie z podobnymi sobie, pijąc, kiedy tylko miał za co, a kiedy nie miał – okradając gości okolicznych tawern i wdając się w bójki. Pięści miał ciężkie i niejeden z jego kamratów nosił na twarzy pamiątkę po spotkaniu z nim – złamany nos, czy naderwane ucho. Do noża też był prędki, o czym przekonało się ostatnio paru z konkurencyjnej bandy. Nie można powiedzieć, dzięki temu cieszył się respektem nie tylko w swojej dzielnicy, ale i w całym mieście, a inne rzezimieszki ustępowały mu z drogi bez gadania – ale do czasu. Któryś z tych śmierdzących psów, pewnie zazdrosny o jego wpływy Marco Krzywy Kutas, wydał go gwardzistom. Jacopo oberwał srogo i już widział w wyobraźni swe ciało dyndające na szubienicy, rozdziobywane powoli przez ptactwo, nim ktoś łaskawie zezwoli, by zdjąć je i pogrzebać gdzieś pod płotem cmentarza. Nie obeszłoby to go za bardzo, gdyby nie fakt, że Catalina akurat dwa tygodnie temu urodziła jego dziecko i gdyby go zabrakło, musiałaby zacząć się puszczać, żeby je utrzymać.
Wtedy właśnie jak anioł z nieba pojawił się Bartolomeo oznajmiając, że szuka ucznia do terminu, bo starzeje się i długo już w pojedynkę nie da rady. Ten tutaj wygląda mu zaś na silnego i sprytnego chłopaka, więc jeśli jaśnie panowie sędziowie pozwolą, on weźmie go do siebie, wyuczy wszystkiego jak trzeba i sprawi, że jeszcze będzie z niego jakiś pożytek. A jeśli nie, to cóż, zawsze jeszcze zdążą go powiesić.
Bartolomeo cieszył się dużym poważaniem, uchodził wręcz za artystę w swoim fachu, którego tajniki znał jak nikt inny, więc jaśnie panowie zgodzili się i tak oto Jacopo znalazł się pod dachem starego mistrza. Przez pierwszy miesiąc sprzątał jedynie, przynosił wodę i rozpalał ogień, a mistrz uważnie obserwował każdy jego krok. Potem awansował i mógł już podawać narzędzia, a dziś nadszedł czas, kiedy miał rozpocząć prawdziwą naukę. Przyszedł więc rano, jak zwykle, rozpalił ogień, zamiótł wielką, ciemną salę, w której jedyne światło dawały maleńkie, zakratowane okienka tuż pod samym sufitem. W sali było chłodno, jak zwykle rankami, nawet w te upały. Za to po południu, gdy powietrze nagrzewało się już solidnie od buzującego stale w wielkim kominie ognia, ledwie dawało się tam wytrzymać. Podłogi, na szczęście, nie trzeba było szorować – do dziś pamiętał, jak się umęczył pierwszego dnia, usiłując usunąć z niej lepkie i cuchnące plamy. Mistrz lubił, żeby wszędzie panował porządek.
– Ciekawi cię, do czego to służy? – Bartolomeo wskazał na przedmiot, który chłopak oglądał właśnie w chwili, kiedy mistrz wszedł. Cokolwiek to było, wyglądało niewinnie, jak dziecięca zabawka – ot, kilka kawałków drewna połączonych sznurkiem – i Jacopo w żaden sposób nie mógł się domyślić, jak to działa.
– Daj rękę, chłopcze – powiedział mistrz, uśmiechając się z dobroduszną kpiną. Nie czekając, aż chłopak wykona jego polecenie, złapał go za nadgarstek – a chwyt miał żelazny – i błyskawicznym ruchem złożył zabawkę na jego palce, po czym pociągnął za sznurki. Jacopo wrzasnął.
– Zabolało, co? – zaśmiał się mistrz. – A to jeszcze nic, teraz, jeśli pociągnę mocniej, twoje kości zaczną się łamać jak gałązki… No, no, nie szarp się, nie zrobię tego. Potrzebny mi jesteś zdrowy, a nie kaleka.
Puścił rękę Jacopa, który czym prędzej zerwał z dłoni diabelską zabawkę i zaczął rozmasowywać obolałe palce.
– To się nazywa “pałeczki” – wyjaśnił Bartolomeo. – Zakładamy je na ręce lub stopy, umiejętnie użyte, mogą zmiażdżyć palce, tak, że na zawsze już zostaną sztywne. No, chyba że cyrulik je dobrze poskłada. Chwytasz?
Jacopo gorliwie pokiwał głową.
– Piero tak miał – przypomniało mu się. – Był służącym u Pazzich, oskarżyli go o kradzież srebrnych naczyń. Chcieli, żeby się przyznał, gdzie je schował.
– I co, przyznał się?
– Nie-e… – Jacopo zastanowił się. – Tak se teraz myślę, że chyba wcale ich nie ukradł, bo sprzedałby i miał się dobrze, a tak to żebrze pod miejską bramą. Ręce ma całkiem do niczego.
– Ano właśnie. – Mistrz zawahał się chwilę, niezdecydowanie przebierając wśród szczypców, prętów i imadeł.
– O, to znam – powiedział ponuro Jacopo, biorąc do ręki długą, żelazną igłę. – Tym mnie kłuli na samym początku, chuje.
– Dobrze, że cię kłuli, sprawdzali, czy żadnego diabelstwa w tobie nie ma – skarcił go mistrz. – Pamiętaj, pierwsza rzecz, jaką musisz zrobić z każdym zatrzymanym, to rozebrać go i obejrzeć dokładnie, czy jakichś znamion nie ma na ciele. Jak nie ma, to dobrze. Jak ma, to jedno z dwojga – albo to zwykły pieprzyk, albo odcisk diabelskiego pazura. Musisz to sprawdzić koniecznie, jeśli nie chcesz, by czarci przylecieli na pomoc swemu pomiotowi.
– Aha. – Jacopo pokiwał głową ze zrozumieniem. – A jak się to poznaje?
– Musisz takie znamię nakłuć, jak najgłębiej. Jak pokaże się krew, to dobrze, jak nie – znaczy, diabelstwo. A diabelstwo najlepiej wypala się ogniem. Diabeł ognia się boi.
– Dziwne, mistrzu, toż nie powinien. Toż sam cały czas w ogniu siedzi.
– Ano siedzi, może dlatego ma go dość…? Pamiętaj, kosz z rozżarzonymi węglami zawsze miej blisko. Nawet jak nie ma diabła… to i człowiek boi się najbardziej ognia, rozgrzanych prętów… Czasami i przyżegać nie trza, wystarczy taki pokazać, a taki już ze strachu robi pod siebie i mówi wszystko, co wie.
– Naprawdę? Na sam widok? – W głosie Jacopa zabrzmiała nutka pogardy.
– To wszystko jest w głowie, synek. Tobie się wydaje, hehe, że jesteś twardy, że ani byś słowa nie pisnął, jakby cię rozpytywać przyszło… No, obyś nie musiał się przekonywać. Ale ja ci mówię, a stary już jestem i niejedno widziałem, że czasem nie trzeba nawet bólu, wystarczy strach przed nim.
– Eee… – Jacopo wzruszył ramionami. – Tacy, co się boją… Baby!
– Zdziwisz się, synek, ale baba nieraz więcej wytrzyma, jak chłop. Taką mieliśmy tu niedawno… z pięć niedziel temu… Wiedźmę niby. Do niczego się nie przyznała, choć przyżegałem ją węglami i wodę jej lałem w gardło, na ławie też siedziała z ciężarami u stóp, a batów zebrała tyle, że jednego zdrowego kawałka skóry na sobie nie miała… Klęła, wrzeszczała, wyła, ale nie przyznała się. No to pan sędzia uznał, że niewinna, i kazał ją wypuścić. O, właśnie. Jak ci kiedy wiedźmę przyprowadzą, to pamiętaj…
– A jaka była, mistrzu? – Jacopo przerwał mu niecierpliwie. – Młoda?
– A co, chciałbyś sobie użyć czasem? – Bartolomeo uśmiechnął się chytrze. – No, nie mówię, że nie można, tylko sędzia się nie może dowiedzieć. Ale wiedźmie to lepiej gębę zatkać i oczy zawiązać, żeby uroku nie rzuciła. Ja to już stary jestem, nie w głowie mi figle, ale ty… Tylko wiesz, raz się trafi młódka, raz starucha, a teraz to w ogóle żadnej nie mamy, same chłopy w turmie siedzą. Te zbóje, co to ich na gościńcu zgarnęli i jakiś jeszcze, co go dziś rano przywlekli. Wygląda na jaśnie pana… – zadumał się Bartolomeo.
– E, jak mnie zeprze, to mi za jedno, baba czy chłop – wyszczerzył się Jacopo. – I sęk w desce może być, aby nie uciekał.
– Ech, młodzi. – Mistrz pokręcił głową. – No, skup się, synek, bo tu jeszcze dużo nauki przed tobą. – Pogmerał jeszcze trochę w rozłożonych narzędziach, aż wreszcie wziął do ręki wąskie, drewniane pudło, spięte żelaznymi klamrami. – A o tym to słyszałeś pewnie. Hiszpański bucik. Znasz?
– Słyszałem – przyznał chłopak, z wahaniem dotykając sterczących po bokach śrub.
– No. – Zapięcia otwarły się z trzaskiem i ukazało się wnętrze pudła, najeżone ostrymi szpikulcami. Jacopo przysiągłby, że na niektórych widać zaschnięte, ciemne grudki, ale wolał nie sprawdzać tego palcem. – O, to jest dobra rzecz. Trzeba do niego wyczucia… jak do wszystkiego zresztą… Możesz nim całkiem zmiażdżyć nogi, a możesz tylko lekko uszkodzić. Medyceusze oszczędni są, ludzi psuć nie chcą, po co im kolejny żebrak w mieście? No chyba że ktoś już całkiem na śmierć skazany, a przedtem jeszcze coś ma wyznać, o, to wtedy z całej siły możesz dociskać. Chwytasz?
Jacopo pokiwał głową.
– No i dobrze, synek, będą z ciebie ludzie. Wziąłem cię, bo siłę w rękach masz, ale i rozum w głowie, tak wyglądasz przynajmniej. To wszystko nie jest takie proste, jak się ludziom wydaje.
– No jak nie? – zdziwił się chłopak. – Pokażecie mi tylko, jak tymi śrubkami kręcić, zaraz wszystko będę umiał! A i zwykłym kijem potrafię tak sprać…
– Ot, durnyś jednak. Pamiętaj, synek, ty musisz mieć wyczucie. Musisz wiedzieć, czego chcesz i jak to osiągnąć. Bić do nieprzytomności, zatłuc na śmierć, to każdy głupi potrafi. A tobie nie wolno. Ty musisz być jak… jak medyk. Musisz wiedzieć, gdzie i jak uderzyć… albo nacisnąć… albo pociągnąć… żeby ten, którego obrabiasz, pierw powiedział, co jaśnie państwo chcą usłyszeć, a potem dopiero zdechł. Musisz być trochę jak ksiądz, toż nakłaniasz ich, żeby wyznali wszystko szczerze, jak na spowiedzi. Jak już będziesz wiedział, jak tym wszystkim się posługiwać… nie tylko narzędziami, ale i słowem, i strachem, i wstydem… wtedy będziesz mógł na czeladnika się wyzwolić, a i na mistrza kiedyś. Ale to jeszcze lata całe. Chwytasz?
– Tak, mistrzu.
– No, to chodź, obejrzysz, co my tu jeszcze mamy. Jak będziesz pojętny, to pozwolę ci co nieco samemu wypróbować.