"Demony da Vinci" to amerykański serial, w którym grupa brytyjskich aktorów radośnie chędoży włoską historię.
A właściwie to historię w ogóle, wszak Leonardo da Vinci jest dobrem wspólnym całej ludzkości, czyż nie?
Zaczęłam to oglądać zachęcona treściwą recenzją znajomej: "W Demonach Da Vinci połowa scen to półnagi bohater przywiązany do czegoś. A zazwyczaj nawet półnagi, sponiewierany bohater przywiązany do czegoś." A ponieważ poszukiwałam akurat czegoś lekkiego, łatwego i przyjemnego pod szydełkową dłubaninę, postanowiłam spróbować. I nie rozczarowałam się - zaiste, pod względem obecności półnagich klat na klatkę filmu, jest to dzieło nad wyraz satysfakcjonujące. A pod innymi względami...
Jest to niewątpliwie film z gatunku, jaki powinien omijać szerokim łukiem pewien mój dawny kolega z liceum, który niegdyś z wielkim oburzeniem wskazywał, że w filmie "Excalibur" rycerze noszą anachroniczne zbroje. Po "Demonach" zapewne dostałby ciężkiej migreny (słysząc na przykład, jak swobodnie da Vinci posługuje się systematyką Linneusza). Tak jak wspominałam - historia jest tu traktowana nad wyraz swobodnie i pretekstowo, a całość intrygi koncentruje się na genialnym Leonardzie i jego poszukiwaniach tajemniczej, mistycznej Księgi Liści, ukrytej niegdyś przez tajne bractwo czcicieli Mitry. Leoś jest tu dwudziestopięcioletnim młodzieńcem, zatrudnionym przez Wawrzyńca Medyceusza - najpierw, by namalował portret jego kochanki, potem, by projektował broń, a potem to już w ogóle, aby ratował Florencję i resztę świata przed knuciem złych złoli. Złole pragną obalić Medyceuszy i zagarnąć ich bogactwa, a ich bossem i capo di tutti capi jest papież Sykstus IV (tu akurat mamy wątek historyczny, gdyż papież rzeczywiście popierał spiskujący przeciw Medyceuszom ród Pazzich, co doprowadziło do wybuchu krwawego konfliktu - widzimy to w końcówce pierwszej serii). Prawą ręką bossa jest natomiast hrabia Girolamo Riario, mrrrau, taki piękny i taki zepsuty...
A w środku tego wszystkiego tkwi nasz genialny Leoś, co odcinek wynajdujący nowe, genialne wynalazki. A czegóż to on nie odkrył! Broń masowego rażenia i projektor filmowy, lampę luminescencyjną i fotografię, kostium do nurkowania oraz transfuzje krwi...
Oraz Amerykę. I teorię dryfu kontynentów, kiedy próbował domyślić się, gdzie może leżeć ten nowy, nieznany ląd, którego zarys ujrzał na bardzo tajnej mapie znalezionej w bardzo tajnej księdze.
Zastanawiałam się nad mechanizmem, który pozwala widzowi zawiesić w tym momencie niewiarę i radośnie przyjąć, że tak, Leonardo to wszystko odkrył i wynalazł, a nawet zdołał zastosować praktycznie. Otóż Leonardo mówi nam to, co sami doskonale wiemy, pomijając przy tym kłopotliwe szczegóły. Da Vinci ma w filmie zasób wiedzy równający się mniej więcej potocznej wiedzy współczesnego widza. Ponieważ wiemy, że to, co robi, jest możliwe - nie zastanawiamy się, czy było możliwe w warunkach piętnastowiecznych (znaczy, w większości przypadków wiemy, że nie, ale ojtam ojtam). To nasza wiedza uwiarygadnia poczynania Leonarda.
Swoją drogą, oglądając niektóre odcinki miałam nieodparte wrażenie, że to ekranizacja jakiejś gry przygodowej - zdobądź materiał A i substancję B, a wykonasz z nich przedmiot C, który pomoże ci się wydostać z trudnej sytuacji ;) (to samo wrażenie zresztą miałam, czytając "Kod Leonarda da Vinci" - przypadkowa zbieżność?).
To wszystko nie udałoby się, gdyby nie galeria naprawdę krwistych i interesujących postaci, granych przez grupę dobrych aktorów (Brytole górą!). W szczególności plusy u mnie zbierają Wawrzyniec Medyceusz (Elliot Cowan) i jego żona Klarysa (Lara Pulver - to mówi samo za siebie), a także Girolamo Riario (Blake Ritson) i król wszystkich złoli, papież Sykstus (James Faulkner).
No cóż, z rozbudzonymi nadziejami zabieram się do drugiej serii, w której nasi bohaterowie odkryją Amerykę już rzeczywiście, a nie tylko na starej mapie. Bardzo jestem ciekawa, jak to potem wytłumaczą Kolumbowi... ;)