Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Wars. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Star Wars. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 marca 2017

Dawno, dawno temu, w odległej, białej Galaktyce...

W ostatnią sobotę obejrzałam sobie "Nową nadzieję", po raz milionktóryś, i zapragnęłam podzielić się refleksjami ;)  Zastanawiam się tylko, czy jest sens odgrzewać tak starego kotleta i pisać o rzeczach, które w sumie dziś wydają się nieaktualne - czy może tylko mniej aktualne - i które na pewno wszyscy już zauważyli i opisali dawno temu? 

Muszę się przyznać - mam ogromny sentyment do tego filmu, choć po latach nie uważam go już za najlepszą część "Gwiezdnych wojen". Jednak oglądając - zawsze na moment staję się tą trzynastolatką, która tak strasznie tęskniła, żeby wyrwać się do jakiejś Rebelii... Dlatego jak mam okazję obejrzeć, to oglądam, nawet jeśli leci na głupim TVN-ie, który co chwila przerywa film 20-minutowymi reklamami. 
W ogóle, opowieści o małej grupce dzielnych ludzi, którzy stawiają opór wielkiej i potężnej machinie zła, zawsze mi robiły. Moją pierwszą wielką popkulturową miłością był Robin Hood (w wersji "Robin Hood z zielonego lasu" Rogera Lancelyna Greena, "Robin ze Sherwood" był później). Z rzeczy poważniejszych, przełożyło się to na późniejsze zainteresowanie II wojną w kontekście głównie konspiracji i życia codziennego, nie mówcie mi o bitwach i kampaniach, to mnie nudzi. Chyba jestem typowym dzieckiem polskiej martyrologii...
(Edit: nie, błąd, moją pierwszą miłością była "Załoga G". Niemniej, schemat był ten sam: mała grupka walcząca i broniąca Ziemi przed wielkim kosmicznym zagrożeniem.)

No ale wracając do "Nowej nadziei".  Tym razem, oglądając, zadałam sobie takie pytanie: gdzie ci kosmici?
No właśnie, gdzie? Na pierwszy rzut oka, kosmitów w pierwszej części Starej Trylogii mamy mnóstwo. Są Jawowie i Ludzie Pustyni na Tatooine, jest Jabba, jest wreszcie mnóstwo różnych stworzeń w kantynie w Mos Eisley. No ale cóż, to albo dzicy tubylcy, albo przemytnicy i szumowiny, zajmujący się wyłącznie własnymi podejrzanymi interesami. Kiedy dochodzi do spraw poważnych, okazuje się, że walka toczy się wyłącznie pomiędzy ludźmi. Więcej: pomiędzy białymi mężczyznami. Już dawno, oglądając "Nową nadzieję", zwróciłam uwagę na całkowity brak czarnych twarzy wśród żołnierzy Rebelii. Zwróćcie uwagę na sceny zbiorowe, np. dekorowania Luke'a i Hana medalami. Nima, jakby się nie przyglądać - nima. No cóż, film z 1977 roku, czego się w sumie spodziewać? Nie wszyscy byli tak rewolucyjni jak twórcy Star Treka, którzy dziesięć lat wcześniej wprowadzili postać czarnej kobiety-oficera (teh zgroza!). W "Nowej nadziei" jakiegokolwiek zróżnicowania brak, a walka jest męską sprawą, jedna Leia wiosny nie czyni. Swoją drogą, gdzie się podziała Mon Mothma?
Szczególnie to zgrzyta po obejrzeniu "Rogue One", gdzie obsada była tak multietniczna, że aż zachęciło to prawicowych ekstremistów do ogłoszenia bojkotu filmu [1]. Dziwny przeskok, prawda? Kolorowa i zróżnicowana gatunkowo Rebelia nagle wtem! zbielała i się od-alieniła. Dowództwo Imperium tymczasem nadal pozostało grupą starych, białych mężczyzn, ale to mnie jakoś mniej uwiera.
(W sumie przypomina mi to nieco sytuację z "Sezonem burz" Sapkowskiego, gdzie Geralt pod względem charakteru jest tym "późnym Geraltem", pełnym empatii i skrupułów, nigdy nie zabijającym bez potrzeby - a potem okazuje się, że akcja toczy się przed opowiadaniem o strzydze, a zatem za chwilę Geralt powędruje do Wyzimy, gdzie nagle wtem! stanie się "wczesnym Geraltem", który nie ma żadnych oporów, by zabić dwóch obcych ludzi, właściwie wyłącznie po to, by zwrócić na siebie uwagę.)

No cóż, właściwie to tak sytuacja wygląda, kiedy chronologicznie wcześniejsze części kręci się lub pisze długo, długo po tych chronologicznie późniejszych. Bohaterowie zdążyli wyewoluować, świat zdążył się zmienić. Wydaje się, że nakręcenie dziś "Rogue One" z wyłącznie męską i białą obsadą (oraz Jyn w charakterze wyjątku potwierdzającego regułę, tak jak w zasadzie takim wyjątkiem była Leia - wciąż mówimy o "Nowej nadziei"!) byłoby anachronizmem... ale czy rzeczywiście? O ile pamiętam, pierwsze trailery "Przebudzenia mocy" też wzbudziły - przynajmniej w naszej części internetów - wielkie wzburzenie pod hasłem "OMG, po co oni tych czarnych wszędzie na siłę pchają". 

Oraz tak tylko półgębkiem przypomnę, że twórcy, co prawda enigmatycznie i aluzyjnie, lecz jednak zapowiadają pojawienie się w VIII części GW jeszcze jednej reprezentacji... Ano, poczekamy, zobaczymy. Ja w każdym razie jestem już przygotowana na premierę:





[1] https://www.wired.com/2016/12/rogue-one-alt-right-boycott/

środa, 27 stycznia 2016

Niewolnik (ff: Star Wars - Przebudzenie Mocy)

Uprzejmie donoszę, że mój mózg został wczoraj wypalony przez to opowiadanie, w którym Kylo Ren, po zniszczeniu Starkillera, zostaje podarowany w prezencie jako niewolnik pewnemu ciemnemu typkowi i musi znosić wszelkie cierpienia i upokorzenia, aby ochronić w ten sposób swego ukochanego - Generała Huxa.
Poczułam, że muszę napisać własną wersję tej opowieści...
Indżojcie!

****************

Niewolnik


Kylo Ren cały się trząsł. Trochę ze strachu, bardziej z upokorzenia, ale najbardziej to jednak z zimna.
Stał, nagi, na środku wielkiej, słabo oświetlonej sali. Gdzieś daleko przed nim majaczył tron Snoke’a. Dookoła amfiteatralnie wznosiły się rzędy siedzeń, słyszał stamtąd szum rozmów i przyciszone śmiechy; czuł na sobie spojrzenia wszystkich zgromadzonych, ludzi i nieludzi. Och, gdybyż mógł jeszcze władać Mocą! Niestety, obroża, którą założono mu na szyję, skutecznie blokowała nawet najdrobniejsze jej drgnienia. Do obroży przyczepiony był gruby łańcuch, którego koniec trzymał jeden ze szturmowców.
Jeszcze nigdy w życiu Kylo nie czuł się tak bezsilny.
“Och, Hux” – pomyślał z tęsknotą – “och, ukochany, gdzie jesteś? Nawet nie wiem, czy jeszcze żyjesz…”. Łzy zalśniły w oczach Kyla; opuścił głowę, by je ukryć. Na myśl o cierpieniach, jakie musi znosić Hux – o ile żyje – uwięziony, torturowany, biorący na siebie całą potęgę gniewu Snoke’a, serce rwało mu się na strzępki.
Gniew Snoke’a był straszny. Kiedy szturmowcy przywlekli ich obu przed jego oblicze – tym razem prawdziwe, nie hologram – zdawało się, że spopieli ich w jednym, niekontrolowanym wybuchu wściekłości. Kylo nigdy nie sądził, że będzie tak trząść portkami przed istotą o wzroście pół metra. Snoke powstrzymał się jednak. Szykował dla nich okrutniejszą zemstę. Huxa gdzieś zabrano, Kylowi nałożono tę upokarzającą obrożę z łańcuchem i zamknięto w celi, skąd pozwolono mu wyjść dopiero dzisiaj.
– Podejdź tu! – zagrzmiał głos Najwyższego Wodza. Kylo z wahaniem ruszył przed siebie. W miarę jak się zbliżał, coraz wyraźniej widział TO COŚ, co spoczywało na olbrzymiej, jaskrawozielonej sofie ustawionej tuż obok tronu.
Tar’ahtowie byli rasą daleko spokrewnioną z Huttami. Z wyglądu przypominali ogromne ślimaki, a z charakteru… nie było większych sukinkotów w całej Galaktyce. Ten tutaj zwał się Grabba i był wyjątkowym sukinkotem nawet jak na standardy swej rasy.
A przy tym bogatym sukinkotem, który pożyczył swego czasu Snoke’owi grube miliardy kredytów na budowę Starkillera. Mówiąc oględnie – nie był zbyt zadowolony z fajerwerku, do którego doszło dzięki nieudolności Huxa i Kyla. Snoke wytłumaczył im to swego czasu dobitnie. Bardzo dobitnie.
– Drogi Grabbo – zagaił Snoke – przyjmij ten drobny podarunek jako znak mojej wdzięczności! – Wziął koniec łańcucha z rąk szturmowca i przekazał go w… hm… dłonie? … raczej krótkie, skórzaste wypustki wyrastające z odwłoka Grabby. Jedno z oczu kosmity wysunęło się na swej długiej szypułce i uważnie zlustrowało Kyla.
– Co my tu mamy? – zahuczał Tar’aht. Jego mowa była zrozumiała dzięki translatorowi zawieszonemu na szyi.
– To Kylo Ren! – objaśnił Snoke. – Na pewno o nim słyszałeś…
– Kylo Ren? – zdziwił się Grabba. – A on nie powinien mieć tej, wiesz…?
– Odebrałem mu maskę, gdyż nie jest jej godny! – zagrzmiał Snoke. – A teraz ofiaruję ci go, możesz robić z nim co zechcesz. Zapewniam, że ma wiele talentów, choć o to lepiej byłoby zapytać jego dawnego kochanka… A ty, Kylo, masz być posłuszny swemu nowemu panu, bo inaczej twój piękny generał zapłaci za to! Zrozumiałeś?!
Kylo zdrętwiał. Miał być niewolnikiem tego… tu… bo jeśli nie, Snoke zemści się na Huksie? Och, nie! Tylko nie to! Błagam!
– Zrozumiałeś, Kylo? – powtórzył Snoke, a uśmiech pełen satysfakcji wykrzywił mu twarz.
“Dla ciebie zniosę wszystko, Hux”. Kylo przełknął ślinę i pokornie skinął głową.
– To miły podarunek – łaskawie przyznał Grabba. – Z pewnością będzie przydatny. A póki co, liczę na niezakłócone dostawy pierwiastków z pańskich kopalni!
Oficjalne pożegnania trwały wystarczająco długo, by wszyscy zdążyli śmiertelnie się znudzić. Wreszcie jednak skończyły się, a Kylo znalazł się na pokładzie statku, lecącego na rodzinną planetę Grabby.
Gdy tylko wystartowali, ten wezwał go przed swoje oblicze.
– No i co ja mam z tobą zrobić? – burknął, podczas gdy sześcioro oczu na długich wypustkach krążyło wokół Kyla, oglądając go z każdej możliwej strony. – Snoke mówił, że masz wiele talentów… To prawda?
Kylo nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ostatnie słowa wymówione zostały z jakimś obleśnym mlaśnięciem. Ale może to tylko translator się psuł.
– Ja… eee… ja…
Grabba westchnął. A przynajmniej tak Kylo zinterpretował nagły, falujący ruch fałd jego ciała.
– Myślę, że jasno zrozumiałem intencje twojego poprzedniego pana – wyjaśnił kosmita. Kylo zacisnął zęby, upokorzony. Jego pan! Nakazał jednak sam sobie uspokoić się. “To dla ciebie, Hux”.
– Zasugerował dość jasno, że daje mi ciebie jako nałożnicę – kontynuował Grabba. – Że nie mógł wymyśleć dla ciebie gorszego losu… Hm. To chyba powinno mnie obrażać – czy on sądzi, że jestem aż tak kiepskim kochankiem? – mruknął sam do siebie. – No dobra, wszystko pięknie, tylko powiedz mi, chłopcze, JAK miałbym to z tobą zrobić?!
Kylo zdrętwiał. Na wszelki wypadek wolał nie odzywać się… a nawet nie oddychać.
– Wy, humanoidzi! – sapnął Grabba. – Wydaje wam się, że WSZYSCY mają tak samo, jak wy? Te jakieś wypustki – oko kosmity zatrzymało się na wysokości wypustki Kyla i mrugnęło z zastanowieniem – i te jakieś otwory?! A nie przyszło wam do głowy, że MY kochamy się przytykając całą swoją płaszczyznę do drugiej płaszczyzny?
Fałdy ciała Grabby rozchyliły się, odsłaniając miękkie, białe, połyskujące perłowo podbrzusze. Kylo poczuł, że robi mu się niedobrze.
– Ty nawet nie masz tyle powierzchni, żeby było się do czego przypłaszczyć! – prychnął z pogardą Grabba. – Co prawda… miałem kiedyś ludzkiego kochanka. Z nim był ten sam problem, ale daliśmy sobie radę, otworzyłem go i rozciągnąłem nieco… Ale nie miałem z tego żadnej przyjemności, był strasznie mokry i miał w środku jakieś ostre kawałki. W dodatku nie dało się go potem pozszywać. Jednorazowy!
Kylo poczuł, że zaraz zemdleje.
– No więc, masz jakieś inne talenty? Śpiewasz, może tańczysz? Opowiadasz historie? A może gotujesz? Nie? No to zostaje mi tylko wyrzucić cię w próżnię. Jesteś bezużyteczny.
– Błagam, nie! – załkał Kylo. – Ja… zrobię wszystko… Hux… błagam…
– Przestań mokrzyć – upomniał go Grabba. – No dobra, nie wyrzucę cię, ale tylko dlatego, że mam dziś dobry humor, zawarłem z twoim dawnym panem niesłychanie korzystną umowę… Myślę, że prędko odzyskam włożone w Starkillera pieniądze, o ile znowu jacyś rebelianci czegoś nie rozwalą. A jeśli rozwalą… to Snoke mnie popamięta.
Kylo stał przed nim, nagi, drżący i zasmarkany.
– Dobra, zabierzcie go zanim się zdenerwuję! – huknął Grabba. – Dajcie mu jakieś ubranie i niech idzie do kuchni, tam zawsze się przyda pomoc. Tylko niech zejdzie mi wreszcie z oczu!


I tak oto Kylo Ren trafił do kuchni na statku Grabby. Minęło wprawdzie sporo czasu zanim przyzwyczaił się do smrodu zupy z planktonu – standardowego pożywienia Tar’ahtów – i przestał rzygać po kątach, ale w końcu przywykł. Dzień w dzień mieszał ciężką chochlą maź w ogromnym kotle, a nocami, zwinięty na swym posłaniu, rozpaczliwie tęsknił za Huxem. “To dla ciebie” – powtarzał w duchu. – “Zniosę wszystko. Wytrzymam wszystko”.
Odrobinę jednak doskwierała mu myśl, że – choć gotów był na otchłanie bólu i najmroczniejsze głębie upokorzenia – najgorsze, co musi znosić, to obecność kucharza w formie wielkiej stonogi (Kylo zawsze bał się owadów) i opowiadane w kółko przez niego te same stare dowcipy.


Tak upadają wielcy tego świata.


P.S.
Tymczasem Prezydent Internetu Q stworzył krótki i niezwykle celny sequel, ukazujący, co działo się z Huxem w czasie, kiedy Kylo robił za kuchcika u Grabby. 

Indżojcie!


Snoke może był kosmicznym sukinkotem, ale nie był głupi. 
Doskonale wiedział, że ostatnią porażkę zawdzięcza głównie totalnej bezużyteczności Kylo Rena. Ren miał jedno zadanie: złapać droida. Jedno, proste i zrozumiałe zadanie, no upośledzony Gungan by zrozumiał. Ale nie Kylo. 
- A nie mówiłem, fuhrerze Snoke... - westchnął Hux. 
Snoke popatrzył na swojego generała. On przynajmniej miał na swoim koncie jakiekolwiek sukcesy - co by nie mówić, Hux był wręcz niezwykle skuteczny, jeśli chodziło o niszczenie rebelianckich planet. Teraz jednak wyglądał trochę na zmęczonego, trochę na znudzonego. 
- Idź już - warknął Snoke. - Muszę załatwić sprawę z Renem. 

* 

Kilka godzin później Hux dostał telefon od żony. 
Z jakiegoś powodu nigdy nie wspomniał Kylo, że jest żonaty. Może dlatego, że podejrzewał, że kiedyś w napadzie bólu istnienia Ren w końcu zniszczy panele odpowiedzialne za podtrzymywanie życia na Starkillerze i wszystko dramatycznie pójdzie w pizdu. Może dlatego, że było coś żałosno-rozczulającego w obserwowaniu tego szczeniaka i jego rojeń o wielkim, ukrywanym przed wszystkimi romansie. 
Oczywiście, każdy wiedział. Wiedziała żona Huxa, a jako że nie żywiła do zaślubionego już w dzieciństwie męża żadnych uczuć prócz przywiązania, skomentowała to jedynie krótkim "baw się dobrze". Wiedział jego ojciec, który po tym, jak jego młodszy syn uciekł z Gunganką, byłby szczęśliwy z każdego rozwiązania, które nie wiązałoby się z szansą na wnuki z oczami osadzonymi na szypułkach. Wiedziała Phasma. Nawet szturmowcy wiedzieli, bo czasami nocne dobijanie się Kylo do prywatnych kwater generała było naprawdę głośne... 
- Przesłałam do twojego sekretarza plany - mówiła Arana Hux rzeczowo. - Na razie są oznaczone jako "Starkiller 2.0", ale porozmawiam z ministrem, niech oddeleguje kogoś od propagandy, zapewne wymyślą lepszą nazwę. 
Hux poczuł dreszcz podniecenia na myśl o kolejnej bazie śmierci. Większej. Bardziej destrukcyjnej. Z potężniejszym działem i bez ciągłych problemów z próżniowymi toaletami. 
Podziękował krótko i rozłączył się. Było już późno. 
Po powrocie do sypialni zaskoczyło go, jak jest cicho. Nikt nie wrzeszczał, nie maltretował szturmowców, nie rozwalał jego drogich paneli. Nie dobijał się do drzwi, aby posmęcić gówniarsko na temat Mocy, desperacko domagając się uwagi. Nie zawracał dupy miłosnymi wyznaniami, na które zawsze był czas koło trzeciej nad ranem, kiedy Hux bardzo, bardzo chciał spać. 
Pewnie kiedyś, w jakiś sposób, zacznie tęsknić za Renem. Jakby nie patrzeć, spędził z nim również miłe chwile. 
Ale ten moment zdecydowanie jeszcze nie nadszedł.



wtorek, 30 kwietnia 2013

Zanim

Miniaturka starwarsowa


     Upał. Większe słońce zaszło już, lecz suche powietrze wciąż drga nad pustynią, zacierając kontury rudych skał w oddali. Pył, wszędobylski pył. Czepia się wszystkiego, wciska w najdrobniejsze szczeliny, zgrzyta w delikatnym mechanizmie skraplaczy. Trzeba je sprawdzać co dzień, konserwować z troską, zbierać każdą kroplę cennej rosy. I znowu, i znowu. Mniejsze słońce wisi nisko nad horyzontem, cienie są długie i ostre. Jasnowłosy chłopak znużonym krokiem idzie w stronę ślizgacza, wzrok nieuważnie omiata dalekie wydmy, myśl krąży już wokół kolacji. Za nim, zgrzytając, sunie stary, wysłużony droid. Pogięta blacha, rdza i zacieki, nieznośny swąd przepalonych kabli. Długo już nie wytrzyma, myśli chłopak i zastanawia się, czy wuj zdecyduje się wreszcie wyskrobać parę groszy na nowego. Jawowie mają czasem roboty ze statków, w ich pancerzach - wydaje się - trwa jeszcze chłód przestrzeni...
     Ślizgacz rusza gładko i Luke czuje prawdziwą dumę, gdy tak pędzi w świście powietrza, ścigając własny cień. Jest najszybszy i wie o tym. Mógłby tak gnać bez końca, do samego Mos i dalej, gdzie oczy poniosą... Potrząsa głową, euforia nagle opada. Cóż z tego? Nie wyrwie się, nie opuści pustyni, ubogiej farmy pośród rudych skał, gdzie czai się groza Tuskenów. W Mos Eisley żołnierze piją z przemytnikami, z Mos Eisley odlatują statki - nie wsiądzie na żaden z nich. Jego miejsce jest tu, powtarza co dzień wuj. Tu, gdzie może żyć spokojnie, w nic się nie mieszać, nie tak jak... - wuj milknie w pół zdania, ciotka zaciska wargi. Cisza gęstnieje, otula ich szczelnym kokonem; Luke patrzy jak poruszają niemo ustami, niczym drapieżna paszcza sarlacca. Wychowaliśmy cię. Opiekowaliśmy się tobą. Jesteś nam to winien.
     Jest taki moment, około północy, gdy gaśnie wreszcie łuna obu słońc. Na granatowe niebo wypełzają gwiazdy, monotonnie buczy generator. Luke leży w ciemności, otwarte szeroko oczy, zaciśnięte pięści.
     Może za rok, powiedział wuj. Może.

     Odlicza dni.