Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 czerwca 2017

San Andreas, czyli odhaczamy bingo

Lubię oglądać filmy katastroficzne. W zależności od nastroju - niskobudżetowe, gdzie można pośmiać się z kiepskiego CGI, drewnianej gry i Ale Głupiej Fabuły albo wysokobudżetowe, gdzie gra też nieraz jest drewniana, fabuła durna jak wiadro, ale przynajmniej efekty specjalne zapierają dech w piersiach. "2012" jest tutaj najlepszym przykładem; osobiście polecam dostępne na jutubku kompilacje wszystkich scen zniszczenia - naprawdę nie ma potrzeby tracić czasu na resztę filmu. 
Dodatkową zabawą podczas oglądania filmów katastroficznych jest odhaczanie bingo. Bohater - rozwodnik i jego skomplikowane relacje z dziećmi? Nowy facet jego byłej żony, który okazuje się dupkiem? Naukowiec, Którego Nikt Nie Słucha? Bez tych elementów nie może się obejść żaden szanujący się film katastroficzny. 
Ostatnio przypomniałam sobie o istnieniu takiego filmu jak "San Andreas". Postanowiłam obejrzeć, oczywiście z pełną świadomością, że na frapującą fabułę czy postacie będące czymś więcej niż dekoracją z dykty, nie mam co liczyć, ale przynajmniej z nadzieją na tę efektownie pękającą ziemię czy walące się budynki. 
Zaczyna się standardowo. Jak wiadomo, na początku każdego filmu katastroficznego musi zginąć jakiś random, bądź apokalipsa musi spaść na jakąś miejscowość na obrzeżach cywilizowanego świata (a w każdym razie daleko od jego pępka, tj. Ameryki). Tu obserwujemy piękną młodą blondynkę, która nie spodziewając się niczego jedzie samochodem po krętej górskiej drodze. Nagle wtem! z góry zaczynają spadać kamienie, samochód wylatuje z drogi i spada po pionowej skale wprost w głąb uskoku San Andreas. Na szczęście po drodze nadziewa się na jakieś drzewko i zawisa nad nim, tak, że dziewczyna chwilowo jest ocalona (tak samo jak ocalał ten pasterz w "Morcie" Pratchetta, kiedy Mort schwytał tuż nad ziemią klepsydrę z jego życiem ;)). 
Na ratunek leci Bardzo Dzielna Ekipa ratowników w śmigłowcu, którymi dowodzi wielki jak góra i równie wyrazisty pod względem mimiki Ray (Dwayne Johnson). Dokonując cudów zręczności ratują dziewczynę, co filmuje zabrana na akcję dziennikarka. Potem bohater zostaje nam przedstawiony - oczywiście jest w trakcie rozwodu, oczywiście ma córkę, którą właśnie obiecał odwieźć gdzieś tam, na studia. Podejrzewamy, że to mu się nie uda. Poznajemy też Nowego Faceta Byłej Żony, który, o dziwo, na ten moment wydaje się całkiem w porządku. 
W międzyczasie widzimy kolejny element bingo - Naukowca, Którego Nikt Nie Słucha. Znaczy, póki co, słucha go cała sala studentów, ale to się nie liczy. Doktor Lawrence wraz ze swym kolegą Kimem właśnie odkryli superprosty sposób na przepowiadanie trzęsień ziemi i wybierają się w okolice Tamy Hoovera, bo tam jak na zawołanie pojawiły się mikrowstrząsy. 
Wiecie, co najbardziej lubię w dobrze zrobionych filmach katastroficznych? Stopniowe budowanie napięcia poprzez pokazywanie drobnych wydarzeń, które są zapowiedzią katastrofy, ale jeszcze nikt o tym nie wie i nie rozpoznaje niebezpieczeństwa. Tak na przykład w "Wulkanie" z 1997 - tu buchnie para z kratki ściekowej, tam zaczyna bulgotać woda w parkowym stawie... A jak to zostało zrobione w "San Andreas"? 
Ano tak, że mamy wieeeelką, wieeeelką tamę... Stoi niewzruszona, ani kamyczek nie drgnie, ani strużka wody się nie przesączy; po jej szczycie spacerują turyści.  Tymczasem w jakimś kanale doktor Kim robi pomiary, radośnie nadaje do doktora Lawrence'a że tak jak się spodziewali, czynnik x wzrasta (aktywność magnetyczna, czy cuś, nie pamiętam). Lawrence pieje ze szczęścia, że mają niezawodną metodę przepowiadania trzęsień ziemi. Aż tu wtem!!! czynnik x wzrasta tysiąckrotnie, ziemia zaczyna się trząść, "Uciekaj! Uciekaj!" wrzeszczy Lawrence do Kima, tama pęka... i w minutę osiem wszystko wali się w gruzy, jednak ci, którym udało się uciec poza takie słupki wysuwane z jezdni - ocaleli. Tak. A Kura siedzi z opadniętą szczęką i zastanawia się, co właściwie widziała.
Wspominałam, że doktor Lawrence jest Naukowcem, Którego Nikt Nie Słucha? Otóż na przykładzie tej postaci widać, jak bardzo scenarzysta odhaczał bingo. O tym, że nikt go nie słucha, dowiadujemy się wyłącznie z własnych słów tegoż; nie mamy ani pół sceny, w której próbowałby kogoś przekonać, a ten go spławiał. Zresztą, widzimy, że przychodzi do niego nakręcić wywiad ta sama dziennikarka, która wcześniej robiła reportaż o dzielnej ekipie ratowniczej, więc chyba jednak nie jest tak bardzo ignorowany.
Ale wróćmy do naszego Raya. Tak jak przewidywałam, z odwiezienia córki na studia nici, bo po trzęsieniu ziemi w Nevadzie wszyscy zostali pilnie wezwani do pracy. Ale na szczęście na miejscu jest Nowy Chłopak Byłej Żony, który oferuje się, że podrzuci ją (córkę) do San Francisco. Nowy Chłopak nazywa się Daniel Riddick i jest obłędnie sławnym i bogatym architektem, podczas lotu prywatnym samolotem pokazuje pasierbicy projekt swego nowego wieżowca. Aha, coś jest na rzeczy - węszy obcykany ze schematami widz; pewnie jak w "Płonącym wieżowcu" budynek miał być najbezpieczniejszy na świecie, ekstremalnie odporny na wstrząsy, ale z powodu skąpstwa wykonawcy nie zastosowano najtrwalszych materiałów itd. Ano, zobaczymy.
A zatem była żona bohatera (Emma) jest w Los Angeles, jego córka (Blake) w San Francisco, a sam bohater leci do Nevady swoim ratowniczym śmigłowcem. Tymczasem doktor Lawrence udziela wywiadu, w trakcie którego wtem! błyska mu myśl, że tylko patrzeć, jak San Andreas się ruszy, wywołując piekło na całym wybrzeżu. No i patrzcie, prorok czy co, jak nie huknie!
I teraz, widzicie to? Jedna ukochana kobieta bohatera jest w mieście na jednym końcu uskoku, a druga na drugim, obie są zagrożone! Jednak Ray ma bliżej do LA, więc zawraca swój dzielny śmigłowiec i leci ratować żonę. Przy okazji, zastanawiałam się, czemu leci sam i gdzie wcięło załogę - teraz jest to oczywiste, musi lecieć sam, bo gdyby ktoś z nim był, to powiedziałby "ej, sorry, współczuję, że twoja żona i córka są w niebezpieczeństwie, ale nie one jedne, a my mamy zadanie do wykonania!". Tymczasem córka zostaje uwięziona na podziemnym parkingu walącego się budynku... i tu jest ten moment, w którym scenarzysta znów odhaczał bingo, bo przypomniał sobie, że przecież Nowy Chłopak Byłej Żony musi być dupkiem. Daniel więc zostawia Blake i ucieka... ale, ale, woła widz, wcale nie uciekł, poszedł po pomoc, a później oberwał czymś w głowę i może stracił pamięć? - Nie, jest dupkiem! Megadupkiem! - przekonuje scenarzysta i na dowód daje scenkę, w której tenże Daniel, w momencie, gdy ziemia znów zaczyna się trząść a budynki walić, wyrzuca jakiegoś człowieka z bezpiecznej kryjówki i sam się tam chowa. A żeby już postawić kropkę nad i, na Daniela czeka Komiczna Śmierć Dupka, a mianowicie spada na niego kontener. Plask.
W każdym razie Blake zostaje uratowana przez chłopaczka, którego poznała godzinę wcześniej, a który odhacza jeszcze jeden punkt w bingo, to znaczy ma ze sobą dziecko, konkretnie młodszego brata. Bo dziecko w filmie katastroficznym musi być. Najlepiej jeszcze chore na astmę lub cukrzycę...
Bla bla, ziemia się trzęsie, budynki się walą, Blake z chłopakiem i jego braciszkiem przedzierają się przez miasto, dzielny tatuś wraz z ocaloną mamusią lecą na ratunek (przy okazji omawiając Traumę Sprzed Lat, przez którą się rozstali [odhaczyć] - a mianowicie śmierć drugiej córki). Blake jako córka strażaka wie wszystko o ratowaniu się w mieście ogarniętym chaosem ("Komórki nie działają, ale jak włamiemy się do sklepu z elektroniką, to na pewno znajdziemy jakiś telefon stacjonarny!" - ach, ta wiara w moc kabla, który na pewno w czasie trzęsienia ziemi nie zostanie zerwany). Tymczasem do miasta zbliża się tsunami. "Musimy schronić się gdzieś wyżej!" - woła Blake i nie wiedzieć czemu, wpada na pomysł, że najlepszy do tego będzie wieżowiec Daniela. Zastanawiam się nad sensem włażenia do jakiegokolwiek budynku w chwili, gdy wszystkie w mieście walą się jak domki z kart, a ten nawet nie jest ukończony, więc jeszcze mniej bezpieczny i stabilny... ale widocznie musi to być jakiś Chłyt Scenariuszowy. Nie, moje przewidywania, że fakt, iż Daniel jest architektem i ten budynek skonstruował, będzie mieć jakieś znaczenie, nie sprawdziły się. Równie dobrze bohaterowie mogli schronić się w dowolnym innym wieżowcu.
Streszczać dalej nie ma sensu, oczywiste jest, że wszyscy się uratują... a na koniec dostajemy jeszcze po oczach łopoczącą amerykańską flagą, żeby było jasne, że nastąpił happy end. Oraz w telewizji wszyscy dziękują naukowcom, którzy ostrzegli... ale jakie ostrzegli? Owszem, doktor Lawrence z pomocą dziennikarki i swoich studentów - hakerów zdołał włamać się na jakiś kanał informacyjny i nadać komunikat, ale w chwili, kiedy to robił, trzęsienie ziemi już trwało i żadne władze i tak nie zdążyłyby przeprowadzić ewakuacji. Zdaje się, że to był kolejny punkt do odhaczenia...

No dobra, ale co z głównym powodem, dla którego obejrzałam film, czyli efektownymi scenami zniszczenia? No cóż, są średnio efektowne. Z 2012 nie ma się co nawet równać, wielka fala w "Pojutrze" też była ciekawsza; tutaj kolejne walące się budynki jakoś nie wzbudzają emocji.

Miało być trzęsienie ziemi, wyszło wzruszenie ramion.

poniedziałek, 6 marca 2017

Dawno, dawno temu, w odległej, białej Galaktyce...

W ostatnią sobotę obejrzałam sobie "Nową nadzieję", po raz milionktóryś, i zapragnęłam podzielić się refleksjami ;)  Zastanawiam się tylko, czy jest sens odgrzewać tak starego kotleta i pisać o rzeczach, które w sumie dziś wydają się nieaktualne - czy może tylko mniej aktualne - i które na pewno wszyscy już zauważyli i opisali dawno temu? 

Muszę się przyznać - mam ogromny sentyment do tego filmu, choć po latach nie uważam go już za najlepszą część "Gwiezdnych wojen". Jednak oglądając - zawsze na moment staję się tą trzynastolatką, która tak strasznie tęskniła, żeby wyrwać się do jakiejś Rebelii... Dlatego jak mam okazję obejrzeć, to oglądam, nawet jeśli leci na głupim TVN-ie, który co chwila przerywa film 20-minutowymi reklamami. 
W ogóle, opowieści o małej grupce dzielnych ludzi, którzy stawiają opór wielkiej i potężnej machinie zła, zawsze mi robiły. Moją pierwszą wielką popkulturową miłością był Robin Hood (w wersji "Robin Hood z zielonego lasu" Rogera Lancelyna Greena, "Robin ze Sherwood" był później). Z rzeczy poważniejszych, przełożyło się to na późniejsze zainteresowanie II wojną w kontekście głównie konspiracji i życia codziennego, nie mówcie mi o bitwach i kampaniach, to mnie nudzi. Chyba jestem typowym dzieckiem polskiej martyrologii...
(Edit: nie, błąd, moją pierwszą miłością była "Załoga G". Niemniej, schemat był ten sam: mała grupka walcząca i broniąca Ziemi przed wielkim kosmicznym zagrożeniem.)

No ale wracając do "Nowej nadziei".  Tym razem, oglądając, zadałam sobie takie pytanie: gdzie ci kosmici?
No właśnie, gdzie? Na pierwszy rzut oka, kosmitów w pierwszej części Starej Trylogii mamy mnóstwo. Są Jawowie i Ludzie Pustyni na Tatooine, jest Jabba, jest wreszcie mnóstwo różnych stworzeń w kantynie w Mos Eisley. No ale cóż, to albo dzicy tubylcy, albo przemytnicy i szumowiny, zajmujący się wyłącznie własnymi podejrzanymi interesami. Kiedy dochodzi do spraw poważnych, okazuje się, że walka toczy się wyłącznie pomiędzy ludźmi. Więcej: pomiędzy białymi mężczyznami. Już dawno, oglądając "Nową nadzieję", zwróciłam uwagę na całkowity brak czarnych twarzy wśród żołnierzy Rebelii. Zwróćcie uwagę na sceny zbiorowe, np. dekorowania Luke'a i Hana medalami. Nima, jakby się nie przyglądać - nima. No cóż, film z 1977 roku, czego się w sumie spodziewać? Nie wszyscy byli tak rewolucyjni jak twórcy Star Treka, którzy dziesięć lat wcześniej wprowadzili postać czarnej kobiety-oficera (teh zgroza!). W "Nowej nadziei" jakiegokolwiek zróżnicowania brak, a walka jest męską sprawą, jedna Leia wiosny nie czyni. Swoją drogą, gdzie się podziała Mon Mothma?
Szczególnie to zgrzyta po obejrzeniu "Rogue One", gdzie obsada była tak multietniczna, że aż zachęciło to prawicowych ekstremistów do ogłoszenia bojkotu filmu [1]. Dziwny przeskok, prawda? Kolorowa i zróżnicowana gatunkowo Rebelia nagle wtem! zbielała i się od-alieniła. Dowództwo Imperium tymczasem nadal pozostało grupą starych, białych mężczyzn, ale to mnie jakoś mniej uwiera.
(W sumie przypomina mi to nieco sytuację z "Sezonem burz" Sapkowskiego, gdzie Geralt pod względem charakteru jest tym "późnym Geraltem", pełnym empatii i skrupułów, nigdy nie zabijającym bez potrzeby - a potem okazuje się, że akcja toczy się przed opowiadaniem o strzydze, a zatem za chwilę Geralt powędruje do Wyzimy, gdzie nagle wtem! stanie się "wczesnym Geraltem", który nie ma żadnych oporów, by zabić dwóch obcych ludzi, właściwie wyłącznie po to, by zwrócić na siebie uwagę.)

No cóż, właściwie to tak sytuacja wygląda, kiedy chronologicznie wcześniejsze części kręci się lub pisze długo, długo po tych chronologicznie późniejszych. Bohaterowie zdążyli wyewoluować, świat zdążył się zmienić. Wydaje się, że nakręcenie dziś "Rogue One" z wyłącznie męską i białą obsadą (oraz Jyn w charakterze wyjątku potwierdzającego regułę, tak jak w zasadzie takim wyjątkiem była Leia - wciąż mówimy o "Nowej nadziei"!) byłoby anachronizmem... ale czy rzeczywiście? O ile pamiętam, pierwsze trailery "Przebudzenia mocy" też wzbudziły - przynajmniej w naszej części internetów - wielkie wzburzenie pod hasłem "OMG, po co oni tych czarnych wszędzie na siłę pchają". 

Oraz tak tylko półgębkiem przypomnę, że twórcy, co prawda enigmatycznie i aluzyjnie, lecz jednak zapowiadają pojawienie się w VIII części GW jeszcze jednej reprezentacji... Ano, poczekamy, zobaczymy. Ja w każdym razie jestem już przygotowana na premierę:





[1] https://www.wired.com/2016/12/rogue-one-alt-right-boycott/

środa, 16 października 2013

O pożytkach z psychopaty

Jest to stara notka, gdzieś z początków istnienia tego bloga. Ponieważ jednak Kasitza twierdzi, że to jej ulubiona, przywracam ją - zwłaszcza, że nie zmieniłam przez te kilka lat zdania w temacie filmowych psychopatów. A żeby nie była to tak całkiem staroć, uzupełniłam notkę o parę nowych przemyśleń.


Lubię kryminały i sensacje. Niekoniecznie ambitne, mogą - a czasami wręcz powinny - być klasy B i dalszych. I tak mi właśnie przyszło do głowy, jakim błogosławieństwem w tego rodzaju filmach jest dla scenarzysty postać psychopaty.
Każdą bzdurę można tym uzasadnić. Każde odstępstwo od logiki, każde szalone skojarzenie, każdy przypadek zachowania psychologicznie nieuzasadnionego. Jak również każdy akt bezsensownego i idiotycznego okrucieństwa. No bo to przecież psychopata, a diabli wiedzą, jak oni tak naprawdę myślą i co się w tych ich chorych mózgach lęgnie.
(Tu przypomina mi się dawno temu przeczytany kryminał „Ufam panu, mecenasie”. Bohaterem jest zamieszkały we Francji Algierczyk, podejrzany o zbrodnię, której, jak twierdzi, nie popełnił. Jego adwokat wierzy mu i próbuje doprowadzić do uniewinnienia, ale gdy tylko wskazuje na rozmaite nielogiczności w rzekomym przebiegu zbrodni, na fakty, sugerujące raczej, że jego klienta wrobiono, słyszy jedną odpowiedź: Przecież to Arab, a oni nie myślą tak, jak my).
Oglądałam kiedyś taki sobie zdecydowanie B-klasowy film z Christopherem Lambertem. Tytułu sobie nie przypomnę, w każdym razie rzecz była o policjancie ścigającym szalonego (a jakże!) mordercę. Ten wybierał na ofiary mężczyzn o imionach i zawodach odpowiadających dwunastu apostołom, zabijał ich, a następnie pozbawiał jakiejś części ciała, a to ręki, a to nogi, a to głowy... W wyniku skomplikowanej dedukcji Krzysio Lambert doszedł do wniosku, że morderca konstruuje z tych fragmentów ciał postać Chrystusa, którą zamierza ożywić w zbliżający się właśnie poranek wielkanocny. Ot, taki doktor Frankenstein, tyle, że z religijną podbudową. Nadeszła więc Wielkanoc, mordercy nie schwytano i było oczywiste, że zamierza zamordować jeszcze kogoś. Tylko kogo? Swoje dwanaście ofiar o apostolskich imionach już dopadł, detektywi odkryli jego melinę, a w niej faktycznie ohydną, rozkładającą się konstrukcję z fragmentów zwłok, tymczasem psychopata zniknął. Krzysio spiął się więc... i zakrzyknął nagle: Wiem! Zabije niemowlę, które dziś urodzi się w którymś ze szpitali, chłopca, syna Marii!
Muszę przyznać, że w tym momencie ryknęłam głośnym śmiechem. Wzzzziut! Mieliśmy Wielkanoc, mamy Boże Narodzenie, sensu to wszystko razem nie ma za grosz, ale cóż, kto wie, jak działa umysł psychopaty?
Potem oczywiście nastąpiła standardowa scena kulminacyjna z gonitwą po dachach, upadkiem mordercy w przepaść i Krzysiem Lambertem tulącym w ramionach ocalonego niemowlaka. Syna Marii oczywiście. Nie dam głowy, ale szpital też chyba nosił nazwę Betlejem...
Czasem jednak wprowadzenie postaci psychopaty jest dużym błędem. Tak jak na przykład w „Upadku” (Falling Down) z Michaelem Douglasem. Douglas gra tam z pozoru zwykłego człowieka, który jadąc pewnego dnia po mieście samochodem, uwięziony w korku, w narastającym upale i smrodzie spalin, nagle dostaje szału, wysiada z samochodu i idzie w miasto robiąc demolkę. Potem zdobywa przypadkiem broń i zaczyna strzelać do ludzi, którzy go wkurzają. Cały film pełen jest obrazów różnych irytujących rzeczy, z którymi człowiek w mieście spotyka się na co dzień, starając się nie zwracać na nie uwagi – a to nieuprzejmy sprzedawca, a to banda wulgarnych nastolatków, a to różne przejawy wszechwładnej biurokracji... Bohater Douglasa w pewnym momencie ma dość, a tłumiona dotąd wściekłość wybucha z ogromną siłą. Całość pokazywana jest tak, aby widz odczuwał również lekki niepokój myśląc o wszystkich frustrujących sytuacjach, z jakimi sam spotyka się codziennie i zastanawiając się: kiedy skończy się moja cierpliwość? Czy ja też wybuchnę tak, jak D-Fens?
Aż tu nagle pada magiczne słowo: psychopata. Okazuje się, że bohater już wcześniej miał problemy ze swoim temperamentem, do tego stopnia, że ma sądowy zakaz zbliżania się do swojej byłej żony i dziecka. Widz oddycha z ulgą: uff, to tylko jakiś kolejny maniak, to nie ma nic wspólnego ze mną, ja jestem normalnym, porządnym człowiekiem i nie ma znaczenia, że szef się na mnie w pracy wydziera, że tracę godzinę na dojazdy w korkach i szukanie miejsca do parkowania, że ciągle brakuje mi forsy, że...


Z kwestią psychopatów wiąże się jeszcze jedno. Stare przysłowie pszczół mówi "Great minds think alike"; irytująca jest nieraz łatwość, z jaką umysł policjanta podąża za najbardziej przekombinowanymi pomysłami zbrodniarza. Żaden trop nie zostanie przegapiony, a choćby na początku został niewłaściwie zinterpretowany, to zawsze można do niego wrócić i tym razem odkryć prawdziwe znaczenie. Ok, ja rozumiem, że taka jest poetyka kryminału, dostajemy puzzle, które trzeba ułożyć a cały dowcip polega na tym, żebyśmy my, widzowie, też mieli przed sobą ten sam zestaw wskazówek, co śledczy, ale...
Jest sobie na przykład słynny film "Siedem" (którego bardzo nie lubię, a dlaczego, to za chwilę). Pośród siedmiu zamordowanych grzeszników trzecim czy czwartym jest bogaty bankier, morderca wypisał jego krwią na podłodze wielkie "GREED" i pomazał zdjęcie jego żony, rysując pętlę wokół oczu. Prowadzący śledztwo Morgan Freeman od razu domyśla się, że "to pewnie znaczy, że ona coś powinna dostrzec", sprowadzają żonę ofiary, która rozgląda się po gabinecie i zauważa, że jeden z obrazów wisi do góry nogami (obraz jest abstrakcją, więc nie jest to dostrzegalne na pierwszy rzut oka). Za obrazem znajduje się wskazówka prowadząca do kolejnej ofiary.
Ok. Tylko że na przykład ja, widząc pomazane krwią zdjęcie, pomyślałabym raczej, że to groźba. Najoczywistsze skojarzenie. A wskazówka pozostałaby niezauważona i cały misterny plan mordercy, który - o ile dobrze pamiętam - chciał nie tylko, by odkrywano jego ofiary, ale również, by robiono to w odpowiedniej kolejności, poszedłby ganiać się po krzakach.
I może dlatego to nie ja rozwiązałam tę zagadkę, tylko Morgan Freeman.
Wrrrrróć. Otóż nie. Freeman i Pitt nie rozwiązują w tym filmie żadnej zagadki. Owszem - podążają za tropem, znajdują kolejne wskazówki, ale są to tylko te wskazówki, które morderca chce, by znaleźli. Od samego początku idą na jego pasku i robią dokładnie to, co on sobie zaplanował - aż do samego końca, którego to zresztą końca stanowczo nie przyjmuję do wiadomości. Właśnie dlatego, że on też był zgodny z planem zbrodniarza. Zło wygrało.

A swoją drogą, błyskotliwy geniusz, który wie doskonale "co morderca miał na myśli" i zbyt łatwo rozwiązuje skomplikowane zagadki, może spotkać się z podejrzeniami, że - to on sam jest za wszystko odpowiedzialny. Patrz: Sherlock i sierżant Donovan :)