Szukaj na tym blogu

piątek, 10 sierpnia 2018

Westworld II, czyli rozczarowanie sezonu

Jestem stworzeniem mało serialowym. Trudno mi się wciągnąć i wytrwać do końca, nawet interesujące mnie pozycje porzucam nieraz na całe tygodnie a nawet miesiące i wracam, kiedy już nie bardzo pamiętam, kto jest kim i o co generalnie chodziło. Obejrzenie w krótkim czasie kilku sezonów czegoś przekracza moje możliwości. Niemniej, Westworldem byłam zachwycona i - co nie zdarzyło mi się od czasów Sherlocka - z prawdziwą niecierpliwością czekałam na drugi sezon, a nawet specjalnie w celu jego obejrzenia założyłam sobie HBO GO.



Jak pamiętamy, sezon pierwszy zakończył się wielkim KABOOM, kiedy to zbuntowane hosty, pod wodzą Dolores, urządziły masakrę na przyjęciu wydanym przez Forda, zabijając jego samego i mnóstwo gości. Sezon drugi startuje mniej więcej dwa tygodnie po tym wydarzeniu, kiedy na miejscu ekipy komandosów próbują zaprowadzić porządek, a potem cofamy się nieco w czasie i, podobnie jak w jedynce, serial pokazuje wydarzenia z dwóch linii czasowych (a nawet trzech, jeśli doliczyć retrospekcje z okresu, kiedy park dopiero startował). Pierwszy odcinek był mocny i zostawił mnie z dużymi oczekiwaniami, ale potem... im dalej w las, tym było gorzej.



Jak pisałam poprzednio, dużą zaletą pierwszej części było dla mnie ukazanie nie tylko wydarzeń w rozrywkowej części parku, ale również tego, co stoi za jego kulisami, całego świata obsługi technicznej. Tu tego nie ma, no, poniekąd jest to zrozumiałe - obsługa i goście w tym momencie nie żyją albo walczą o życie. Obecność nowych postaci została sprowadzona do "my strzelamy do hostów, a hosty do nas". Uwaga zatem skupia się głównie na postaciach zbuntowanych hostów oraz na Williamie, który znów próbuje odkryć ostateczną tajemnicę parku.



I tu, muszę przyznać, że całość wypada dużo gorzej niż w pierwszej części. Choćby Dolores. Była swego czasu postacią niepokojąco niejednoznaczną - słodką, optymistyczną córką farmera, która jednak posiadała mroczne tajemnice i wreszcie ukazała swą drugą, groźną twarz. Tu pozostało tylko jedno jej wcielenie - krwawej mścicielki, która najwyraźniej chce zniszczyć wszystko na swej drodze. Tymczasem Maeve, moja ulubiona postać z jedynki, przemierza park wszerz i wzdłuż w poszukiwaniu swej córki, a po drodze dostaje tyle supermocy, że jej marysuizm wysadza skalę. 


Najciekawszy, ale i najbardziej poplątany, jest chyba wątek Bernarda, rozdartego pomiędzy dwiema lojalnościami - do hostów i do ludzi - i próbującego wybrać najlepszą ścieżkę, i uratować, co się da. Doceniam natomiast ostatni, gorzki żart Forda z Williama - informację, że skonstruował fabułę specjalnie dla niego, przez co ten ostatni zaczyna popadać w paranoję, we wszystkim, co go spotyka, widząc przejaw woli Forda i realizację jego scenariusza. A poza tym mam wrażenie, że jedyną postacią, która w tej serii ma jakiś rozwój, jest Lee, zapijaczony scenarzysta z jedynki.

W drugiej serii wszyscy nieustannie czegoś szukają - Maeve córki, Charlotte Hale superważnego modułu ukrytego w głowie Petera Abernathy'ego, który zaginął gdzieś wraz z całym Abernathym (w ogóle, genialny pomysł, umieszczać jakiś MacGuffin w głowie hosta - jak pamiętamy, ulubioną rozrywką gości było strzelanie do tychże, ryzyko uszkodzenia modułu było raczej spore), wszyscy pozostali miejsca zwanego Kołyską, gdzie ma się kryć tajemnica parku oraz innego, znanego jako Dolina na Drugim Brzegu, które z kolei symbolizuje uwolnienie.




Scenarzyści obiecali nam rozszerzenie świata przedstawionego i rzeczywiście - okazuje się, że oprócz Świata Dzikiego Zachodu mamy jeszcze Świat Radżów i Świat Samurajów, obydwa ogarnięte tym samym buntem. Ze Świata Radżów ucieka, ratując życie, córka Williama, do Świata Samurajów natomiast trafia Maeve, poszukująca swojej córki (ciekawostka: o ile w tym pierwszym przypadku światy były oddzielone wyraźną granicą, a głos z megafonów oznajmiał "opuszczasz swoją przygodę, wróć", to w drugim oba światy przechodzą płynnie jeden w drugi). Niestety, wątek Świata Samurajów został wprowadzony chyba tylko po to, by pokazać jeszcze więcej krwi i przemocy; poza tym nie widzę jego sensu - nic nie zmieniał, w żaden sposób nie wzbogacał bohaterów, nie uzyskali tam żadnych istotnych wskazówek - ot, ozdobnik na trzy odcinki. 



Serial miał swoje dobre pomysły - choćby pokazanie "drugiego dna" parku i prawdziwego celu stojącego za jego utworzeniem. Niestety, zostało to przyprawione takimi ilościami guembokiego pitu pitu, że stało się niestrawne. Nie wspominając już o wątkach, które służyły tylko za zapychacze - choćby odcinek ósmy, w całości poświęcony losom mieszkającego w parku indiańskiego plemienia. Odcinek niby służący wyjaśnieniu pewnych tajemnic jeszcze z pierwszej serii, np. czym był Labirynt, lecz nudny w cholerę. 



Cóż, zakończenie pokazuje wyraźnie, że trzeci sezon nieuchronnie nadejdzie, a jego akcja będzie rozgrywać się już nie w parku, a w prawdziwym świecie. Mimo wszystko czekam.

Aha, scena po napisach w ostatnim odcinku sprawiła, że syknęłam głośne i pełne satysfakcji "Yessss!" :)