Szukaj na tym blogu

czwartek, 6 lipca 2017

Glątwa Przeznaczenia, czyli gdzie byłaś, redakcjo?

Jakoś tak z miesiąc temu wpadła mi w ręce pewna książka – a raczej nie tyle wpadła, co została podesłana przez anonimowe fanki Armady, pragnące analizy tegoż dzieła.
Analiza będzie po wakacjach i zaprawdę, powiadam Wam, dużo mięska do obgryzienia jest na tych kościach. Ale póki co, nie mogłam sobie darować krótkiej recenzyjki.




Klątwa przeznaczenia
Monika Magoska-Suchar, Sylwia Dubielecka

Wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 8 marca 2017
ISBN: 9788380833425

liczba stron: 812

Opis wydawcy głosi:
Arienne, młoda czarodziejka, szukając schronienia przed grożącym jej niebezpieczeństwem, postanawia zaufać Przeznaczeniu. Uzbrojona jedynie w magiczne umiejętności oraz kobiecą intuicję i spryt, przybywa do siedziby Związku – bractwa rządzonego twardą męską ręką, gdzie nie ma miejsca dla inteligentnych, uzdolnionych kobiet, takich jak ona. Zmuszona znosić liczne upokorzenia ze strony bezwstydnych Związkowców, Arienne wchodzi pod protektorat jednego z najsilniejszych i najgroźniejszych z nich. Nie spodziewa się jednak, że za sprawą intrygującego czarnowłosego mężczyzny cały jej plan się skomplikuje, zaś Los wyznaczy im wspólną misję.

Pod opisem mamy jeszcze kilka entuzjastycznych recenzji pióra innych autorek ze "stajni" Novae Res oraz blogerek książkowych [1]. Sądząc po ich tonie, wydawać by się mogło, że czeka na nas co najmniej nowa "Pieśń lodu i ognia". Otwórzmy więc okładkę, zajrzyjmy do jej wnętrza, tam wiele różnych spraw nawarstwia się i spiętrza...

A zatem rzeczona Arienne ucieka przed niebezpieczeństwem. Musi ono być poważne, skoro schronienie w zamku pełnym „przestępców, morderców i gwałcicieli” wydaje się lepszą alternatywą. Poznajemy naszą bohaterkę, kiedy wraz ze swą opiekunką płynie w stronę zamku...


Z mgieł zawieszonych nisko nad powierzchnią wody stopniowo zaczynają wyłaniać się ciemne zarysy ogromnej budowli. Dwie kobiety w łodzi powoli kierują się w stronę strzelistej Twierdzy. Z ich perspektywy potężne baszty warowni zdają się sięgać kłębiastych, deszczowych chmur. Starsza z niewiast, odziana w fioletowy płaszcz podróżny, siedzi tyłem do zbliżającego się celu i miarowo wiosłuje. Jej wzrok utkwiony jest w młodej towarzyszce, której całe dotychczasowe życie już za chwilę odmieni się na zawsze. Nie jest pewna, czy będzie to dobra zmiana, ale miejsce, do którego zmierzają, wydawało się jej jedynym ratunkiem dla dziewczyny.
– Boję się. – Przyglądając się oświetlonym blaskiem pochodni murom starego zamku, czuję, jak narasta we mnie przerażenie.
– Niepotrzebnie. Długo i bardzo starannie przygotowywałam cię do tego, abyś dziś mogła się zmierzyć ze swym Przeznaczeniem. – W głosie czarodziejki brzmi pewność siebie.
– Wiem... – odpowiadam bez przekonania.
Tyle przecież słyszałam o Ravillonie – kolebce przestępców, gwałcicieli i morderców. Podobno mam tu wyznaczoną opiekunkę, która będzie czuwać nad moim bezpieczeństwem, jednak nie mogę odpędzić od siebie wrażenia, że jedna osoba do chronienia mnie przed całym złem tego miejsca to stanowczo za mało. Poza tym – mimo że przebywając w Salmansarze, zdobyłam wiele umiejętności, które pozwolą mi zadbać o siebie – i tak mam obawy, że posiadana przeze mnie wiedza magiczna może okazać się niewystarczająca do obrony w chwili prawdziwego zagrożenia.
Tamira wzdycha ciężko, gdy zdaje sobie sprawę, że widoczny niepokój towarzyszki udziela się i jej. Czy może jednak się jej dziwić? Dziewczyna jest młodziutka. Ma szesnaście lat i zupełnie nie zna życia, gdyż do tej pory miała wszystko – otaczały ją wyłącznie miłość i dostatek. Teraz zaś, z dala od rodziny i luksusu, będzie musiała nauczyć się sama o siebie troszczyć.

Tu był pierwszy moment, kiedy opadła mi szczęka. Niespodziewana Zmiana Narratora zaatakowała podstępnie zza winkla; trzecioosobowy wykopsał z łódki pierwszoosobowego, ale już w kolejnym akapicie ten wziął odwet, jednak trzecioosobowy nie dał za wygraną... I tak jest przez całą książkę. Serio serio. Ponad osiemset stron, w których narracja zmienia się ze sceny na scenę, a czasami nawet z akapitu na akapit. Ok, ja rozumiem pisanie z różnych punktów widzenia, ale nie w ten sposób, na litość boską. 
Ten sposób prowadzenia narracji nasunął mi podejrzenie, że opowieść zaczynała jako RPG; miałam słuszność - same autorki na swoim fanpejdżu przyznają, że:

To była zabawa młodości, a teraz myślimy i czujemy inaczej. Dlatego z licealnej gry w RPG pozostawiłyśmy jedynie nazwy miejsc i niektórych postaci.

Niestety, w niebyt poleciała dalsza część konwersacji, w której skrytykowałam to właśnie miotanie narratorem, zaś autorki tłumaczyły, że:

Książka przeszła kilkadziesiąt redakcji i kilka korekt. To zabieg zamierzony. Zdajemy sobie sprawę, że może budzić kontrowersje.

Kilkadziesiąt redakcji, hę? Ano, zobaczymy, jaki był ich efekt... 
Wydawnictwo Novae Res należy do tzw. vanity press, co oznacza, że za wydanie książki nie oni płacą autorowi, ale autor im. (Nie wszystkich to dotyczy; z tego, co słyszałam, ze swoimi sztandarowymi pisarzami i pisarkami, jak np. Agnieszką Lingas-Łoniewską, wydawnictwo zawiera normalne umowy. Debiutant nie ma jednak co na taką liczyć.) W praktyce oznacza to, że każdy może tam przyjść z tekstem dowolnej jakości, a zostanie wydany, osiem tysięcy piechotą nie chodzi (znaczy, nie wiem, jakie są stawki obecnie, na taką cenę skarżyła się jakiś rok temu pewna nastoletnia autorka na swoim twitterze). Wydawnictwa takie, owszem, zatrudniają korektorów i redaktorów, jednak domyślam się, że redakcja jest raczej pobieżna - dobry redaktor kosztuje, zaś wydawnictwo vanity stara się przede wszystkim nie przepłacać. O praktykach takich wydawnictw można poczytać na przykład tutaj [2], zaś przykłady wydawanych przez nie koszmarków smakowicie obrabia Paweł Pollak [3]. 
Tymczasem już sama objętość dzieła nasuwa podejrzenie, że ręka redaktora nie tknęła go, a przynajmniej nieszczególnie dotkliwie. Każdy, kto kiedyś próbował pisać, wie, jak cenna wydaje się każda literka w tworzonym dziele; wycięcie sceny, zdania, czy nawet wyrazu wydaje się zbrodnią przeciw Literaturze (przez największe możliwe L, oczywiście). Rzecz jasna, to wrażenie może być mylne; ostateczne 800 stron mogło być tym, co pozostało z dwóch tysięcy ;) Być może w środku czeka nas znakomicie skonstruowana powieść wypełniona fascynującymi pomysłami, pełnokrwistymi postaciami i doskonałą intrygą. Ano, zobaczymy...

Jak więc wspomniałam, młodociana Arienne przybywa do zamku, gdzie jakoby ma się ukryć przed grożącym jej niebezpieczeństwem. Z marszu zdaje egzamin, zostaje przyjęta na naukę i poznaje reguły rządzące życiem zarówno Związkowców, jak i adeptów. Na samym początku dowiaduje się, że kobiety nie mają tu lekko: jedyna droga awansu wiedzie przez łóżko wysoko postawionego mężczyzny, najlepiej jednego z Mistrzów. Zostając konkubiną takiego Mistrza (zwaną dalej Milady), zyskuje nie tylko możliwość wygodnego, a nawet luksusowego życia, lecz również ochronę. Pozbawiona takiej opieki nie tylko pozostaje cały czas na dnie drabiny społecznej, lecz również każdy, kto tylko ma ochotę, może ją bezkarnie gwałcić (tu nasuwa się pytanie o sens wysyłania młodziutkiej, niedoświadczonej dziewczyny w takie miejsce oraz o skalę niebezpieczeństwa, przed którym ucieka). Nic dziwnego więc, że wszystkie adeptki starają się jak mogą zwrócić uwagę Mistrzów; co myśli o tym nasza Arienne? 


I do tego jeszcze ta struktura Związku. To chyba najbardziej przerażający aspekt. Zaledwie kilkadziesiąt kobiet na ponad dwa tysiące mężczyzn i wszystkie tu obecne zabiegające o względy płci przeciwnej po to, aby awansować. [przy takiej proporcji nie powinny mieć z tym najmniejszego problemu, noale... - przyp. mój] I tylko można się domyślać, jakie zabiegi stosują, aby zdobyć upragniony cel. Te ich wyzywające stroje i makijaż... Niektóre czarodziejki w Salmansarze podobnie się nosiły, jednak nigdy nie słyszałam, by którakolwiek z nich rozpowiadała o tym tak bezpośrednio. Moje nowe towarzyszki zaś zdają się w ogóle nie mieć poczucia honoru, za krzty godności. Czy naprawdę nie dostrzegają, że tak otwarcie uwodząc mężczyzn, nie dość, że nie zyskują ich poważania, to jeszcze same mogą stracić szacunek dla siebie? To żałosne ale i smutne zarazem. Zwłaszcza, gdy się pomyśli, że nie mają wielkiego wyboru, gdyż jacy po prawdzie są ci Związkowcy? Z pewnością nie znają dobrych manier, nie wspominając już o okazywaniu prawdziwych i szczerych uczuć płynących z dobroci serca... jak więc te biedne kobiety mają znaleźć tu szczęście?! Zadowalając się tym, co puste i powierzchowne?

Tu był ten moment, w którym opadły mi ręce. Bohaterka podobno jest inteligentna; została wyraźnie poinformowana, jaki los czeka te, które nie mają opiekuna... a jedyne, co jest w stanie pomyśleć, to "ojej, ja nie jestem jak te puste, wulgarne laski bez godności"? Och, mój ty najwyjątkowszy płateczku śniegu...
(Poza tym, mam wrażenie, że kobieta, która wstępuje w szeregi organizacji zrzeszającej bezwzględnych najemników od brudnej roboty, raczej nie szuka tam szczęścia w miłości.)

W międzyczasie poznajemy drugiego bohatera opowieści, niejakiego Mistrza Severo. Wraca właśnie z misji gdzieś poza zamkiem; przyjaciel informuje go, że właśnie przyjęto nową, interesującą adeptkę i zawiera z nim najdziwniejszy zakład, o jakimkolwiek czytałam, a mianowicie... zakłada się, że Severo przez najbliższy tydzień NIE przeleci Arienne. Nic prostszego, jak to wygrać, co nie? Zwłaszcza, że warunki zakładu nic nie mówią, co po tym tygodniu; Severo spokojnie mógłby zjeść ciastko i mieć ciastko. 

I od tego momentu zaczyna się właściwa akcja powieści: a mianowicie taniec godowy wokół łoża Severa. Nagle wtem! okazuje się, że wszyscy, ale to wszyscy w zamku zainteresowani są tym, by ten znalazł sobie wreszcie babę. Dodam tylko, że choć Mistrzowie ślubują nie brać sobie żon i nie zakładać rodzin (a jeszcze obowiązującym kolorem ubrań Związkowców jest wyłącznie głęboka czerń; nie mam żadnych skojarzeń, żadnych!), to związki z konkubinami są nie tylko dozwolone, ale wręcz zalecane. Jak nietrudno się domyślić (och, czyżbym spoilerowała?), Milady Severa zostaje właśnie Arienne, a potem cała reszta powieści poświęcona jest ich rozkwitającej miłości, co byłoby nawet urocze, gdyby nie to, w jaki sposób rozpoczął się ich związek. Otóż w trakcie ceremonii wyboru Arienne zostaje zgwałcona przez Severa, na oczach wszystkich mieszkańców zamku. Tak. Komu wiaderko?
W dodatku to, co można w tej scenie wyczytać między wierszami, brzmi: tylko dla dziewicy gwałt jest traumą, takiej raz przelecianej to już powinno być wszystko jedno.

(Należy przy tym docenić, jak ta szesnastoletnia, niewinna Arienne, skromna tak, że odsłonięcie nóg do kolan czy założenie sukni z głębszym dekoltem jest dla niej uwłaczające, ekspresowo godzi się z tym publicznym gwałtem. Przepłakała jedną noc i już spoko; żadnej odrazy w stosunku do gwałciciela, zero strachu, zero zawstydzenia w obecności innych, że przecież wszyscy to widzieli... Lekki niesmak co najwyżej, kiedy Severo chwali się publicznie ich łóżkowymi wyczynami [i to w takim kontekście, że dziewczyna wychodzi na prostytutkę, tj. ona prosi go o postawienie w jej imieniu pieniędzy w grze, a on stwierdza, że nie ma sprawy, zaspokoiła go dzisiaj pięć razy, to może to potraktować jako nagrodę]. Mija tydzień, a ona już podziwia Severa i chce być dla niego jak najlepszą Milady, mija miesiąc, a już czuje się przy nim najbezpieczniej na świecie, a po dwóch miesiącach jest zakochana na śmierć i życie. A propos zakochania: miłość w Związku jest zwana Zakazanym Uczuciem, a karą za nie jest śmierć. Dobrze o tym pamiętać, obserwując bohaterów, którzy wcale się ze swymi uczuciami nie kryją.)

No dobrze; więc uczucia pomiędzy zgwałconą a gwałcicielem kwitną, ale co z tą wspólną misją? Co z obiecywaną nam fantastyczną akcją? Ano, pewnie będzie. Pewnie w zapowiadanym drugim tomie, bo w tym, owszem, mamy jakieś zajawki, ale jak wspomniałam - większość akcji kręci się wokół alkowy Arienne. Serio. (W związku z tym, powieść przypomina mi te filmy Marvela, na które widzowie skarżą się, że całe wyglądają jedynie jak prequel do właściwej historii, która zostanie pokazana w następnym filmie.)
Poza pierwszymi scenami, gdzie bohaterka przybywa do zamku i zdaje egzamin, niemal w każdej kolejnej mowa jest o jej związku z Severem. A to widzimy ich razem, a to ktoś ich swata, a to ktoś usiłuje przeszkodzić, a to ktoś komentuje - ba, każdy, od prostego żołnierza po władcę krainy jest żywo zainteresowany faktem, że Miszcz Severo wreszcie się ustatkował, i każdy czuje się w obowiązku wyrazić zdanie na ten temat. Ciekawostka: dopiero na 527 stronie znalazłam scenę, w której nie było ani słowa o tym, że SEVERO LOFFCIA ARIENNE!!!111oneone! 
Tak, właśnie gdzieś od pięćsetnej strony autorki przypominają sobie, że chyba powinna być tu jakaś akcja, w związku z czym zaczynają z nią gnać na łeb na szyję, rozwiązując niektóre wątki takim deus ex machina, że Sezon Burz zazdrości. Btw, zdziwicie się, jeśli powiem, że książka kończy się wielkim cliffhangerem i literkami C.D.N.?

A w ogóle, wyobraziłam sobie, jak wyglądałby "Władca Pierścieni" napisany w stylu "Klątwy przeznaczenia".
Zniszczenie Pierścienia schodzi na dalszy plan, zaś akcja w całości kręci się wokół związku Aragorna i Arweny… Arwena, rzecz jasna, dołącza do drużyny Pierścienia i w co drugim rozdziale dostajemy opisy jej miłosnych nocy z Aragornem, a każda, ale to dosłownie każda postać musi jakoś to skomentować. Gimli rzuca rubaszne uwagi, Gandalf wzniośle bredzi o Przeznaczeniu, hobbici naiwnie podziwiają urodę elfki, Legolas składa poetyckie strofy, a Boromir spogląda pożądliwie i knuje, jak by tu wysiudać Aragorna i samemu zająć miejsce u jej boku. Eowina jest tą biedną, brzydką, na zawsze sfriendzonowaną (a Faramir jej nagrodą pocieszenia), zaś Galadriela – Złą Rywalką. Nawet Sauron z Nazgulami naradzają się, jak osłabić Aragorna przez uderzenie w jego ukochaną, Gollum, szepcząc “mój ssssskarb”, mówi o niej jedynie, a Sam i Frodo, wędrując przez Mordor, czerpią siły z myśli, że ratują nie tylko świat, ale przede wszystkim miłość tamtych dwojga. 
Nie, wróć. W tej wersji nie byłoby żadnego Sama i Froda wędrujących przez Mordor. Powiernikiem Pierścienia zostałaby sama Arwena, zniszczyłaby go nie w ogniu Orodruiny, ale własną mocą, której zazdroszczą jej Valarowie… albo nie, nie zniszczyła, tylko odczarowała, zdejmując zeń moc Saurona, a potem przerobiła na ślubną obrączkę. O.

Jeśli chodzi o bohaterów, to w postaci Arienne mamy kwintesencję zjawiska Mary Sue. Piękna, wspaniała, wyjątkowa i obdarzona mocą tak potężną, że Mistrz Magii niegodzien wiązać jej rzemyczka u sandałów. Ot, przykładowo, demonstrując swą moc o mało nie rozwala zamku, znosi jego magiczne bariery i sprowadza całodobową noc. W dodatku jest bardzo zdziwiona słysząc, że miejscowi czarodzieje potrzebują tygodnia na naprawę zniszczonych przez nią barier, ona przecież mogłaby to w pięć minut! Także Zwierciadło Przeznaczenia pokazuje jej dużo więcej niż komukolwiek przed nią... Właściwie, można by ją podsumować (bezczelna autopromocja) takim wierszykiem z Alfabetu Mary Sue [4]:

R jak Rose Amaranta Melody Britt Erin
Minako Eowina de Cullen-Slytherin
Potomkini Druidów, Elfów i Aniołów
Włada Potęgą Czasu i Mocą Żywiołów
Widzi przeszłość i przyszłość w uświęconym transie...
A co do akcji - standard, jak w każdym romansie.

(wszystko się zgadza oprócz posiadania fafnastu imion!)

Co ciekawe jednak, magiczne moce Arienne nagle się wyłączają, gdy Imperatyw Narracyjny tak każe...


Hm, czy wspominałam o tych kilkudziesięciu ponoć redakcjach? Cóż, książka w wielu miejscach sprawia wrażenie, jakby nie tknął jej nikt. Ot, choćby straszne niebezpieczeństwo, przed którym ucieka Arienne; tak okropne, że "kolebka przestępców, gwałcicieli i morderców" wydaje się lepszą perspektywą. Kilkadziesiąt stron dalej okazuje się, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa, zaś Arienne udała się do zamku, bo ma w nim tajną misję do spełnienia. Albo taka kwestia: adeptki plotkują o Mistrzach i o tym, czyją kochanką najlepiej zostać; okazuje się, że Severo wzbudza wśród nich przerażenie swą gwałtownością i brutalnością, i mimo niewątpliwej urody Mistrza żadna nie pragnie tego zaszczytu (trochę się nie dziwię; członek Severa nosi nazwę Lodowego Olbrzyma, zgadnijcie, dlaczego... nie, nie dlaczego Olbrzym). Tymczasem znów, parę stron później, dowiadujemy się, że niejaki mistrz Harold pozbywa się swych kochanek z częstotliwością jednej miesięcznie, dodajmy, że oddalenie kochanki oznacza skazanie jej na śmierć. To jego powinny bać się jak zarazy, tymczasem żadna nie wyraża takich obaw. Wyraźnie widać tu miejsca, gdzie autorki pisały to, co akurat w danym momencie przyszło im do głowy, nie zgrywając tego w żaden sposób z wcześniejszym tekstem. Tu właśnie powinna była wkroczyć redakcja; cóż, zamiast kilkudziesięciu byle jakich, chyba jednak wolałabym jedną a porządną. 


W sumie, najlepsze w tym wszystkim jest to, że książka tak naprawdę ma potencjał. Dobry redaktor mógłby zrobić z tego interesującą rzecz, wycinając w czortu tak z pięćset stron ględzenia o dupie Maryni Arienne, różne słodkie scenki typu kupowanie truskawek na targu (na kilogramy; system metryczny w każdym uniwersum!), albo ploteczki groźnych zabijaków o tym, jak ostatnio ubiera się ich szef (serio!), łagodząc marysuizm postaci i naciskając na poważniejsze potraktowanie warstwy fantastycznej, a nie jedynie jako ładnych dekoracji do romansu. Przede wszystkim zwłaszcza kazałby gruntownie przemyśleć konieczność umieszczania w powieści motywu gwałtu i raczej zaprotestowałby przeciwko rozwijającej się z niego błyskawicznej tró loff.
Z tej powieści coś mogłoby być, zwłaszcza, że język jest żywy i plastyczny (tylko niech postaci przestaną przemawiać zdaniami wielokrotnie złożonymi). W końcówce pojawia się sporo interesujących motywów; tak, wyciąć pięćset pierwszych stron i skupić się na ostatnich trzystu i naprawdę byłaby z tego całkiem przyzwoita powieść fantasy. A tak - jest jednak rozczarowanie. 
(Oraz będzie analiza, stay tuned!)






[1] http://novaeres.pl/katalog/tytuly?szczegoly=klatwa_przeznaczenia,druk
[2] http://spisekpisarzy.pl/2014/06/novae-res.html
[3] http://pawelpollak.blogspot.com/
[4] http://forum.mirriel.net/viewtopic.php?t=11173

A dla ciekawych, jak wygląda praca redaktora:
http://tosterpandory.pl/lekcja-11-poprawnosc-jezykowa-kim-jest-redaktor/