Szukaj na tym blogu

czwartek, 6 lipca 2017

Glątwa Przeznaczenia, czyli gdzie byłaś, redakcjo?

Jakoś tak z miesiąc temu wpadła mi w ręce pewna książka – a raczej nie tyle wpadła, co została podesłana przez anonimowe fanki Armady, pragnące analizy tegoż dzieła.
Analiza będzie po wakacjach i zaprawdę, powiadam Wam, dużo mięska do obgryzienia jest na tych kościach. Ale póki co, nie mogłam sobie darować krótkiej recenzyjki.




Klątwa przeznaczenia
Monika Magoska-Suchar, Sylwia Dubielecka

Wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 8 marca 2017
ISBN: 9788380833425

liczba stron: 812

Opis wydawcy głosi:
Arienne, młoda czarodziejka, szukając schronienia przed grożącym jej niebezpieczeństwem, postanawia zaufać Przeznaczeniu. Uzbrojona jedynie w magiczne umiejętności oraz kobiecą intuicję i spryt, przybywa do siedziby Związku – bractwa rządzonego twardą męską ręką, gdzie nie ma miejsca dla inteligentnych, uzdolnionych kobiet, takich jak ona. Zmuszona znosić liczne upokorzenia ze strony bezwstydnych Związkowców, Arienne wchodzi pod protektorat jednego z najsilniejszych i najgroźniejszych z nich. Nie spodziewa się jednak, że za sprawą intrygującego czarnowłosego mężczyzny cały jej plan się skomplikuje, zaś Los wyznaczy im wspólną misję.

Pod opisem mamy jeszcze kilka entuzjastycznych recenzji pióra innych autorek ze "stajni" Novae Res oraz blogerek książkowych [1]. Sądząc po ich tonie, wydawać by się mogło, że czeka na nas co najmniej nowa "Pieśń lodu i ognia". Otwórzmy więc okładkę, zajrzyjmy do jej wnętrza, tam wiele różnych spraw nawarstwia się i spiętrza...

A zatem rzeczona Arienne ucieka przed niebezpieczeństwem. Musi ono być poważne, skoro schronienie w zamku pełnym „przestępców, morderców i gwałcicieli” wydaje się lepszą alternatywą. Poznajemy naszą bohaterkę, kiedy wraz ze swą opiekunką płynie w stronę zamku...


Z mgieł zawieszonych nisko nad powierzchnią wody stopniowo zaczynają wyłaniać się ciemne zarysy ogromnej budowli. Dwie kobiety w łodzi powoli kierują się w stronę strzelistej Twierdzy. Z ich perspektywy potężne baszty warowni zdają się sięgać kłębiastych, deszczowych chmur. Starsza z niewiast, odziana w fioletowy płaszcz podróżny, siedzi tyłem do zbliżającego się celu i miarowo wiosłuje. Jej wzrok utkwiony jest w młodej towarzyszce, której całe dotychczasowe życie już za chwilę odmieni się na zawsze. Nie jest pewna, czy będzie to dobra zmiana, ale miejsce, do którego zmierzają, wydawało się jej jedynym ratunkiem dla dziewczyny.
– Boję się. – Przyglądając się oświetlonym blaskiem pochodni murom starego zamku, czuję, jak narasta we mnie przerażenie.
– Niepotrzebnie. Długo i bardzo starannie przygotowywałam cię do tego, abyś dziś mogła się zmierzyć ze swym Przeznaczeniem. – W głosie czarodziejki brzmi pewność siebie.
– Wiem... – odpowiadam bez przekonania.
Tyle przecież słyszałam o Ravillonie – kolebce przestępców, gwałcicieli i morderców. Podobno mam tu wyznaczoną opiekunkę, która będzie czuwać nad moim bezpieczeństwem, jednak nie mogę odpędzić od siebie wrażenia, że jedna osoba do chronienia mnie przed całym złem tego miejsca to stanowczo za mało. Poza tym – mimo że przebywając w Salmansarze, zdobyłam wiele umiejętności, które pozwolą mi zadbać o siebie – i tak mam obawy, że posiadana przeze mnie wiedza magiczna może okazać się niewystarczająca do obrony w chwili prawdziwego zagrożenia.
Tamira wzdycha ciężko, gdy zdaje sobie sprawę, że widoczny niepokój towarzyszki udziela się i jej. Czy może jednak się jej dziwić? Dziewczyna jest młodziutka. Ma szesnaście lat i zupełnie nie zna życia, gdyż do tej pory miała wszystko – otaczały ją wyłącznie miłość i dostatek. Teraz zaś, z dala od rodziny i luksusu, będzie musiała nauczyć się sama o siebie troszczyć.

Tu był pierwszy moment, kiedy opadła mi szczęka. Niespodziewana Zmiana Narratora zaatakowała podstępnie zza winkla; trzecioosobowy wykopsał z łódki pierwszoosobowego, ale już w kolejnym akapicie ten wziął odwet, jednak trzecioosobowy nie dał za wygraną... I tak jest przez całą książkę. Serio serio. Ponad osiemset stron, w których narracja zmienia się ze sceny na scenę, a czasami nawet z akapitu na akapit. Ok, ja rozumiem pisanie z różnych punktów widzenia, ale nie w ten sposób, na litość boską. 
Ten sposób prowadzenia narracji nasunął mi podejrzenie, że opowieść zaczynała jako RPG; miałam słuszność - same autorki na swoim fanpejdżu przyznają, że:

To była zabawa młodości, a teraz myślimy i czujemy inaczej. Dlatego z licealnej gry w RPG pozostawiłyśmy jedynie nazwy miejsc i niektórych postaci.

Niestety, w niebyt poleciała dalsza część konwersacji, w której skrytykowałam to właśnie miotanie narratorem, zaś autorki tłumaczyły, że:

Książka przeszła kilkadziesiąt redakcji i kilka korekt. To zabieg zamierzony. Zdajemy sobie sprawę, że może budzić kontrowersje.

Kilkadziesiąt redakcji, hę? Ano, zobaczymy, jaki był ich efekt... 
Wydawnictwo Novae Res należy do tzw. vanity press, co oznacza, że za wydanie książki nie oni płacą autorowi, ale autor im. (Nie wszystkich to dotyczy; z tego, co słyszałam, ze swoimi sztandarowymi pisarzami i pisarkami, jak np. Agnieszką Lingas-Łoniewską, wydawnictwo zawiera normalne umowy. Debiutant nie ma jednak co na taką liczyć.) W praktyce oznacza to, że każdy może tam przyjść z tekstem dowolnej jakości, a zostanie wydany, osiem tysięcy piechotą nie chodzi (znaczy, nie wiem, jakie są stawki obecnie, na taką cenę skarżyła się jakiś rok temu pewna nastoletnia autorka na swoim twitterze). Wydawnictwa takie, owszem, zatrudniają korektorów i redaktorów, jednak domyślam się, że redakcja jest raczej pobieżna - dobry redaktor kosztuje, zaś wydawnictwo vanity stara się przede wszystkim nie przepłacać. O praktykach takich wydawnictw można poczytać na przykład tutaj [2], zaś przykłady wydawanych przez nie koszmarków smakowicie obrabia Paweł Pollak [3]. 
Tymczasem już sama objętość dzieła nasuwa podejrzenie, że ręka redaktora nie tknęła go, a przynajmniej nieszczególnie dotkliwie. Każdy, kto kiedyś próbował pisać, wie, jak cenna wydaje się każda literka w tworzonym dziele; wycięcie sceny, zdania, czy nawet wyrazu wydaje się zbrodnią przeciw Literaturze (przez największe możliwe L, oczywiście). Rzecz jasna, to wrażenie może być mylne; ostateczne 800 stron mogło być tym, co pozostało z dwóch tysięcy ;) Być może w środku czeka nas znakomicie skonstruowana powieść wypełniona fascynującymi pomysłami, pełnokrwistymi postaciami i doskonałą intrygą. Ano, zobaczymy...

Jak więc wspomniałam, młodociana Arienne przybywa do zamku, gdzie jakoby ma się ukryć przed grożącym jej niebezpieczeństwem. Z marszu zdaje egzamin, zostaje przyjęta na naukę i poznaje reguły rządzące życiem zarówno Związkowców, jak i adeptów. Na samym początku dowiaduje się, że kobiety nie mają tu lekko: jedyna droga awansu wiedzie przez łóżko wysoko postawionego mężczyzny, najlepiej jednego z Mistrzów. Zostając konkubiną takiego Mistrza (zwaną dalej Milady), zyskuje nie tylko możliwość wygodnego, a nawet luksusowego życia, lecz również ochronę. Pozbawiona takiej opieki nie tylko pozostaje cały czas na dnie drabiny społecznej, lecz również każdy, kto tylko ma ochotę, może ją bezkarnie gwałcić (tu nasuwa się pytanie o sens wysyłania młodziutkiej, niedoświadczonej dziewczyny w takie miejsce oraz o skalę niebezpieczeństwa, przed którym ucieka). Nic dziwnego więc, że wszystkie adeptki starają się jak mogą zwrócić uwagę Mistrzów; co myśli o tym nasza Arienne? 


I do tego jeszcze ta struktura Związku. To chyba najbardziej przerażający aspekt. Zaledwie kilkadziesiąt kobiet na ponad dwa tysiące mężczyzn i wszystkie tu obecne zabiegające o względy płci przeciwnej po to, aby awansować. [przy takiej proporcji nie powinny mieć z tym najmniejszego problemu, noale... - przyp. mój] I tylko można się domyślać, jakie zabiegi stosują, aby zdobyć upragniony cel. Te ich wyzywające stroje i makijaż... Niektóre czarodziejki w Salmansarze podobnie się nosiły, jednak nigdy nie słyszałam, by którakolwiek z nich rozpowiadała o tym tak bezpośrednio. Moje nowe towarzyszki zaś zdają się w ogóle nie mieć poczucia honoru, za krzty godności. Czy naprawdę nie dostrzegają, że tak otwarcie uwodząc mężczyzn, nie dość, że nie zyskują ich poważania, to jeszcze same mogą stracić szacunek dla siebie? To żałosne ale i smutne zarazem. Zwłaszcza, gdy się pomyśli, że nie mają wielkiego wyboru, gdyż jacy po prawdzie są ci Związkowcy? Z pewnością nie znają dobrych manier, nie wspominając już o okazywaniu prawdziwych i szczerych uczuć płynących z dobroci serca... jak więc te biedne kobiety mają znaleźć tu szczęście?! Zadowalając się tym, co puste i powierzchowne?

Tu był ten moment, w którym opadły mi ręce. Bohaterka podobno jest inteligentna; została wyraźnie poinformowana, jaki los czeka te, które nie mają opiekuna... a jedyne, co jest w stanie pomyśleć, to "ojej, ja nie jestem jak te puste, wulgarne laski bez godności"? Och, mój ty najwyjątkowszy płateczku śniegu...
(Poza tym, mam wrażenie, że kobieta, która wstępuje w szeregi organizacji zrzeszającej bezwzględnych najemników od brudnej roboty, raczej nie szuka tam szczęścia w miłości.)

W międzyczasie poznajemy drugiego bohatera opowieści, niejakiego Mistrza Severo. Wraca właśnie z misji gdzieś poza zamkiem; przyjaciel informuje go, że właśnie przyjęto nową, interesującą adeptkę i zawiera z nim najdziwniejszy zakład, o jakimkolwiek czytałam, a mianowicie... zakłada się, że Severo przez najbliższy tydzień NIE przeleci Arienne. Nic prostszego, jak to wygrać, co nie? Zwłaszcza, że warunki zakładu nic nie mówią, co po tym tygodniu; Severo spokojnie mógłby zjeść ciastko i mieć ciastko. 

I od tego momentu zaczyna się właściwa akcja powieści: a mianowicie taniec godowy wokół łoża Severa. Nagle wtem! okazuje się, że wszyscy, ale to wszyscy w zamku zainteresowani są tym, by ten znalazł sobie wreszcie babę. Dodam tylko, że choć Mistrzowie ślubują nie brać sobie żon i nie zakładać rodzin (a jeszcze obowiązującym kolorem ubrań Związkowców jest wyłącznie głęboka czerń; nie mam żadnych skojarzeń, żadnych!), to związki z konkubinami są nie tylko dozwolone, ale wręcz zalecane. Jak nietrudno się domyślić (och, czyżbym spoilerowała?), Milady Severa zostaje właśnie Arienne, a potem cała reszta powieści poświęcona jest ich rozkwitającej miłości, co byłoby nawet urocze, gdyby nie to, w jaki sposób rozpoczął się ich związek. Otóż w trakcie ceremonii wyboru Arienne zostaje zgwałcona przez Severa, na oczach wszystkich mieszkańców zamku. Tak. Komu wiaderko?
W dodatku to, co można w tej scenie wyczytać między wierszami, brzmi: tylko dla dziewicy gwałt jest traumą, takiej raz przelecianej to już powinno być wszystko jedno.

(Należy przy tym docenić, jak ta szesnastoletnia, niewinna Arienne, skromna tak, że odsłonięcie nóg do kolan czy założenie sukni z głębszym dekoltem jest dla niej uwłaczające, ekspresowo godzi się z tym publicznym gwałtem. Przepłakała jedną noc i już spoko; żadnej odrazy w stosunku do gwałciciela, zero strachu, zero zawstydzenia w obecności innych, że przecież wszyscy to widzieli... Lekki niesmak co najwyżej, kiedy Severo chwali się publicznie ich łóżkowymi wyczynami [i to w takim kontekście, że dziewczyna wychodzi na prostytutkę, tj. ona prosi go o postawienie w jej imieniu pieniędzy w grze, a on stwierdza, że nie ma sprawy, zaspokoiła go dzisiaj pięć razy, to może to potraktować jako nagrodę]. Mija tydzień, a ona już podziwia Severa i chce być dla niego jak najlepszą Milady, mija miesiąc, a już czuje się przy nim najbezpieczniej na świecie, a po dwóch miesiącach jest zakochana na śmierć i życie. A propos zakochania: miłość w Związku jest zwana Zakazanym Uczuciem, a karą za nie jest śmierć. Dobrze o tym pamiętać, obserwując bohaterów, którzy wcale się ze swymi uczuciami nie kryją.)

No dobrze; więc uczucia pomiędzy zgwałconą a gwałcicielem kwitną, ale co z tą wspólną misją? Co z obiecywaną nam fantastyczną akcją? Ano, pewnie będzie. Pewnie w zapowiadanym drugim tomie, bo w tym, owszem, mamy jakieś zajawki, ale jak wspomniałam - większość akcji kręci się wokół alkowy Arienne. Serio. (W związku z tym, powieść przypomina mi te filmy Marvela, na które widzowie skarżą się, że całe wyglądają jedynie jak prequel do właściwej historii, która zostanie pokazana w następnym filmie.)
Poza pierwszymi scenami, gdzie bohaterka przybywa do zamku i zdaje egzamin, niemal w każdej kolejnej mowa jest o jej związku z Severem. A to widzimy ich razem, a to ktoś ich swata, a to ktoś usiłuje przeszkodzić, a to ktoś komentuje - ba, każdy, od prostego żołnierza po władcę krainy jest żywo zainteresowany faktem, że Miszcz Severo wreszcie się ustatkował, i każdy czuje się w obowiązku wyrazić zdanie na ten temat. Ciekawostka: dopiero na 527 stronie znalazłam scenę, w której nie było ani słowa o tym, że SEVERO LOFFCIA ARIENNE!!!111oneone! 
Tak, właśnie gdzieś od pięćsetnej strony autorki przypominają sobie, że chyba powinna być tu jakaś akcja, w związku z czym zaczynają z nią gnać na łeb na szyję, rozwiązując niektóre wątki takim deus ex machina, że Sezon Burz zazdrości. Btw, zdziwicie się, jeśli powiem, że książka kończy się wielkim cliffhangerem i literkami C.D.N.?

A w ogóle, wyobraziłam sobie, jak wyglądałby "Władca Pierścieni" napisany w stylu "Klątwy przeznaczenia".
Zniszczenie Pierścienia schodzi na dalszy plan, zaś akcja w całości kręci się wokół związku Aragorna i Arweny… Arwena, rzecz jasna, dołącza do drużyny Pierścienia i w co drugim rozdziale dostajemy opisy jej miłosnych nocy z Aragornem, a każda, ale to dosłownie każda postać musi jakoś to skomentować. Gimli rzuca rubaszne uwagi, Gandalf wzniośle bredzi o Przeznaczeniu, hobbici naiwnie podziwiają urodę elfki, Legolas składa poetyckie strofy, a Boromir spogląda pożądliwie i knuje, jak by tu wysiudać Aragorna i samemu zająć miejsce u jej boku. Eowina jest tą biedną, brzydką, na zawsze sfriendzonowaną (a Faramir jej nagrodą pocieszenia), zaś Galadriela – Złą Rywalką. Nawet Sauron z Nazgulami naradzają się, jak osłabić Aragorna przez uderzenie w jego ukochaną, Gollum, szepcząc “mój ssssskarb”, mówi o niej jedynie, a Sam i Frodo, wędrując przez Mordor, czerpią siły z myśli, że ratują nie tylko świat, ale przede wszystkim miłość tamtych dwojga. 
Nie, wróć. W tej wersji nie byłoby żadnego Sama i Froda wędrujących przez Mordor. Powiernikiem Pierścienia zostałaby sama Arwena, zniszczyłaby go nie w ogniu Orodruiny, ale własną mocą, której zazdroszczą jej Valarowie… albo nie, nie zniszczyła, tylko odczarowała, zdejmując zeń moc Saurona, a potem przerobiła na ślubną obrączkę. O.

Jeśli chodzi o bohaterów, to w postaci Arienne mamy kwintesencję zjawiska Mary Sue. Piękna, wspaniała, wyjątkowa i obdarzona mocą tak potężną, że Mistrz Magii niegodzien wiązać jej rzemyczka u sandałów. Ot, przykładowo, demonstrując swą moc o mało nie rozwala zamku, znosi jego magiczne bariery i sprowadza całodobową noc. W dodatku jest bardzo zdziwiona słysząc, że miejscowi czarodzieje potrzebują tygodnia na naprawę zniszczonych przez nią barier, ona przecież mogłaby to w pięć minut! Także Zwierciadło Przeznaczenia pokazuje jej dużo więcej niż komukolwiek przed nią... Właściwie, można by ją podsumować (bezczelna autopromocja) takim wierszykiem z Alfabetu Mary Sue [4]:

R jak Rose Amaranta Melody Britt Erin
Minako Eowina de Cullen-Slytherin
Potomkini Druidów, Elfów i Aniołów
Włada Potęgą Czasu i Mocą Żywiołów
Widzi przeszłość i przyszłość w uświęconym transie...
A co do akcji - standard, jak w każdym romansie.

(wszystko się zgadza oprócz posiadania fafnastu imion!)

Co ciekawe jednak, magiczne moce Arienne nagle się wyłączają, gdy Imperatyw Narracyjny tak każe...


Hm, czy wspominałam o tych kilkudziesięciu ponoć redakcjach? Cóż, książka w wielu miejscach sprawia wrażenie, jakby nie tknął jej nikt. Ot, choćby straszne niebezpieczeństwo, przed którym ucieka Arienne; tak okropne, że "kolebka przestępców, gwałcicieli i morderców" wydaje się lepszą perspektywą. Kilkadziesiąt stron dalej okazuje się, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa, zaś Arienne udała się do zamku, bo ma w nim tajną misję do spełnienia. Albo taka kwestia: adeptki plotkują o Mistrzach i o tym, czyją kochanką najlepiej zostać; okazuje się, że Severo wzbudza wśród nich przerażenie swą gwałtownością i brutalnością, i mimo niewątpliwej urody Mistrza żadna nie pragnie tego zaszczytu (trochę się nie dziwię; członek Severa nosi nazwę Lodowego Olbrzyma, zgadnijcie, dlaczego... nie, nie dlaczego Olbrzym). Tymczasem znów, parę stron później, dowiadujemy się, że niejaki mistrz Harold pozbywa się swych kochanek z częstotliwością jednej miesięcznie, dodajmy, że oddalenie kochanki oznacza skazanie jej na śmierć. To jego powinny bać się jak zarazy, tymczasem żadna nie wyraża takich obaw. Wyraźnie widać tu miejsca, gdzie autorki pisały to, co akurat w danym momencie przyszło im do głowy, nie zgrywając tego w żaden sposób z wcześniejszym tekstem. Tu właśnie powinna była wkroczyć redakcja; cóż, zamiast kilkudziesięciu byle jakich, chyba jednak wolałabym jedną a porządną. 


W sumie, najlepsze w tym wszystkim jest to, że książka tak naprawdę ma potencjał. Dobry redaktor mógłby zrobić z tego interesującą rzecz, wycinając w czortu tak z pięćset stron ględzenia o dupie Maryni Arienne, różne słodkie scenki typu kupowanie truskawek na targu (na kilogramy; system metryczny w każdym uniwersum!), albo ploteczki groźnych zabijaków o tym, jak ostatnio ubiera się ich szef (serio!), łagodząc marysuizm postaci i naciskając na poważniejsze potraktowanie warstwy fantastycznej, a nie jedynie jako ładnych dekoracji do romansu. Przede wszystkim zwłaszcza kazałby gruntownie przemyśleć konieczność umieszczania w powieści motywu gwałtu i raczej zaprotestowałby przeciwko rozwijającej się z niego błyskawicznej tró loff.
Z tej powieści coś mogłoby być, zwłaszcza, że język jest żywy i plastyczny (tylko niech postaci przestaną przemawiać zdaniami wielokrotnie złożonymi). W końcówce pojawia się sporo interesujących motywów; tak, wyciąć pięćset pierwszych stron i skupić się na ostatnich trzystu i naprawdę byłaby z tego całkiem przyzwoita powieść fantasy. A tak - jest jednak rozczarowanie. 
(Oraz będzie analiza, stay tuned!)






[1] http://novaeres.pl/katalog/tytuly?szczegoly=klatwa_przeznaczenia,druk
[2] http://spisekpisarzy.pl/2014/06/novae-res.html
[3] http://pawelpollak.blogspot.com/
[4] http://forum.mirriel.net/viewtopic.php?t=11173

A dla ciekawych, jak wygląda praca redaktora:
http://tosterpandory.pl/lekcja-11-poprawnosc-jezykowa-kim-jest-redaktor/

wtorek, 4 lipca 2017

Całkowicie trzeźwe sny

 Kiedy opisuję swoje sny na fejsie, zwykle pierwszy komentarz, jaki pada, dotyczy tego, co brałam przed spaniem.
No więc nic. A jeśli zdarzy mi się iść spać w stanie znietrzeźwionym, to przeważnie potem tych snów nie pamiętam. Jeżeli jednak pamiętam – nie różnią się szczególnie od śnionych na trzeźwo.
(Chociaż ostatnio to „nic” można podać w pewną wątpliwość, gdyż mam piętro niżej sąsiadów, co jak zaczną jarać, zwłaszcza w weekendy, to i ja się za darmo nawącham.)
W ogóle chciałabym pamiętać więcej snów. Podobno można to wyćwiczyć; w sumie, jeśli zaraz po obudzeniu skupię się na tym, by opowiedzieć sobie treść snu słowami, jest sukces. Jeśli nie – obrazy rozwiewają się niemal natychmiast, pozostawiając tylko niewyraźne, nie dające się nazwać wrażenia.
W dzieciństwie miewałam koszmary, ich głównym składnikiem był przeważnie porywający mnie, dławiący oddech wiatr albo uczucie spadania w przepaść. Jeden z tych koszmarów pamiętam do dziś, a śniłam go będąc jeszcze w przedszkolu; powtarzał się wielokrotnie.
Otóż kwiatki w ogródku były niegrzeczne i pani z przedszkola powiedziała, że trzeba je ukarać, zasłaniając im słońce – w tym celu połamała większe kwiatki rosnące nad tamtymi. Ale te większe też należało zasłonić, więc połamała rosnące nad nimi krzaki, a potem rosnące nad tymi krzakami małe drzewka, ale kiedy przyszło do dużych drzew, nie potrafiła już poradzić sobie sama i wezwała na pomoc wiatr...
Potem, z biegiem lat, przerażający wiatr złagodniał i zamienił się w przyjemne sny o lataniu. Latanie przybierało formę bądź szybowania wysoko nad ziemią, bądź też ślizgania się tuż nad nią jak na łyżwach, niemniej zwykle elementem takiego snu było radosne zdziwienie „ojej, ja naprawdę tak umiem, a myślałam, że to mi się tylko śniło!”.
Przeciwieństwem latania są sny o tym, że próbuję biec, a nie mogę. Każdy chyba tego doświadczył – uczucie, jakby nogi ważyły po sto ton każda, grzęzły w piasku, uniemożliwiały poruszanie. Najczęściej wtedy, kiedy trzeba przed kimś lub czymś uciekać.
Zdarzają się sny zawstydzające – jestem naga lub niekompletnie ubrana w publicznym miejscu. Aczkolwiek też mam wrażenie, że z czasem te sny złagodniały – ostatnio śniło mi się na przykład, że jadąc pociągiem do Warszawy zorientowałam się, że mam na sobie piżamę i postanowiłam potraktować to jako pretekst do wielkich zakupów, gdy już dotrę na miejsce; nawet przypomniał mi się stosowny fragment z „Całego zdania nieboszczyka”, o Joannie robiącej wielkie zakupy po ucieczce z lochów.
Podróże to częsty motyw moich snów. Właściwie w każdym gdzieś idę, jadę, znajduję się w obcym mieście. Z tym wiążą się dwa rodzaje: sen-labirynt albo sen upierdliwy. W śnie-labiryncie wędruję przez jakieś uliczki, bramy, podwórka, schodki, korytarze, często nie mogąc się dostać na miejsce, kiedy na przykład okazuje się, że schody kończą się w ścianie. Albo do mieszkania trzeba się wspinać po drabinie, której szczeble zrobione są z wiązek spaghetti.
Sen upierdliwy z kolei polega na tym, że nie mogę dostać się w jakieś miejsce, bo np. autobusy się spóźniają albo jadą inną trasą, znajome ulice biegną jakoś inaczej, budynek, w którym przecież byłam w środku i na chwilę wyszłam na zewnątrz, okazuje się nie mieć wejścia... Czasami to upierdlistwo jest tak irytujące, że wybija na zewnątrz i wtedy uświadamiam sobie, że przecież to nie dzieje się naprawdę, ja tylko śnię.
Odmianą snu upierdliwego jest sen o poszukiwaniu kibelka ;)
W snach przeważnie nie boję się, choć ich treść nieraz dotyczy wojny lub jakiejś katastrofy. Uciekam, ukrywam się lub walczę, sama lub z innymi, lecz to wszystko raczej ma klimat filmu sensacyjno-przygodowego; nie koszmar a przyjemna adrenalinka. Chociaż pamiętam jeden, który ocierał się o koszmar... ale to z powodu dylematu moralnego. Otóż śniło mi się, że trwa II wojna, a w mieszkaniu mojej mamy (gdzie i ja mieszkałam i prowadziłam jakieś działania konspiracyjne) zakwaterowano Niemców. Dostałam rozkaz, że mam ich zabić, bo inaczej nasz lokal wpadnie i strasznie szarpałam się ze sobą, gdyż musiałam to zrobić, kiedy spali. Nie potrafiłam ich zabić, gdy byli bezbronni (a jednocześnie miałam świadomość, ze muszę, bo jak nie ja ich, to oni mnie), i tak się męczyłam, męczyłam, aż w końcu z dużą ulgą się obudziłam.
Moje sny są bardzo filmowe, z przepięknie nieraz oświetlonymi i skomponowanymi kadrami. W miastach stoją fantastyczne, bogato zdobione budowle (albo odwrotnie – obłażące z tynku ruiny, wszystko ukryte w szarozielonym cieniu). Spotykam mnóstwo ludzi, prowadzę długie rozmowy, czasami przewodzę grupie, z którą na przykład razem uciekamy przed kosmitami. Nieraz spotykam znanych i sławnych – Benedicta Cumberbatcha, Tilla Lindemanna, Oscara Isaaca – a te spotkania są miłe, czasami okazuje się, że jesteśmy dawnymi znajomymi, a czasem jest to relacja fanka – idol, ale zawsze są chętni do rozmowy, dania autografu czy zrobienia sobie razem zdjęcia.
O, właśnie, a propos idoli – mój osiedlowy dom kultury gości mnóstwo koncertów: Rammstein (co najmniej ze trzy razy), Die Aerzte, Omnia...
Żeby nie było tak różowo, mam też i koszmary. Najczęściej dotyczą one powrotu do szkoły, ale nie jako uczennica, ale nauczycielka. Zwykle dzieje się to jakoś z zaskoczenia (np. nagle dowiaduję się, że mam mieć zastępstwo... za matematyczkę), nie mam pojęcia o programie, nie wiem, co, gdzie, z kim, w której sali, podczas lekcji klasa mnie nie słucha (o, to przede wszystkim), a gdzieś w trakcie orientuję się, że właściwie to teraz powinnam być u siebie w pracy i co ja właściwie tutaj robię?!

A w ogóle, założyłam sobie swego czasu blogaska na sny... Jest prywatny, ale wrzucę teraz kilka opisów, indżojcie :)

***

Śniło mi się, że razem z grupą ludzi, wśród których był Loki przebrany za kobietę, robimy jakąś tajną akcję w londyńskim metrze. Znaczy, mieliśmy dojechać i wysiąść na jakiejś stacji, ale potrzebne nam było alibi, jakiś powód, dla którego w ogóle tym metrem jedziemy - gdyby ktoś nas pytał. Więc udawaliśmy działaczy ekologicznej organizacji, mieliśmy ze sobą ulotki, które rozlepialiśmy w wagonikach. Ważne było, żeby nikt nie zakwestionował tego, że mamy prawo tym metrem jechać i te ulotki stanowiły naszą podkładkę.
Potem znaleźliśmy się na górskiej polanie przed schroniskiem, gdzie nagle szarżowało na nas stado jeleni. Ale jeden facet stanął na drodze tego stada i najpierw przerzucił w tył dwóch kolesi, którzy z jakichś powodów nie mogli sami uciec, a potem, kiedy te jelenie już do niego dobiegły, łapał je za głowy, przekręcał i odrzucał na bok. Znaczy, nie skręcał im karku, tylko był taki myk, że po odpowiednim przekrzywieniu głowy jeleń się uspokajał i zamierał w bezruchu. W ten sposób stworzył przed sobą barykadę z jeleni, o którą oparły się i utknęły następne, a myśmy mieli czas na ucieczkę.

***

Śniło mi się, że Kazik Staszewski wynajął mnie do szukania skarbu, a wskazówki były ukryte w jego piosenkach. Oprócz tego kluczem były jakieś łacińskie i greckie słowa, np. cały czas brzęczało mi w głowie "akefalos" (Cerber akefalos?). Znalazłam także mapę Polski ukrytą pod jakimś obrazem i porównywałam ją ze zwykłą mapą, bo różnice też miały być wskazówką. Wreszcie w sieni jakiegoś domu znalazłam - skrzynię? dzban? czaszkę? z napisem "akefalos" i tam właśnie był ten skarb. przyniosłam tę skrzynię do domu Kazika i otwierałam ją przy jego żonie (zasuszona pani około 50-tki ubrana jak w latach 30-tych XX wieku). W środku była biżuteria, żona Kazika podziękowała mi i powiedziała, że możemy już iść. Miałam wątpliwości, czy powinnam była otwierać tę skrzynię przy niej, bo wydawało mi się, że Kazik chciał utrzymać te poszukiwania w tajemnicy przed nią właśnie, ale już było za późno. Wyszłyśmy z mieszkania (też w starej kamienicy) i poszłyśmy schodami w górę; trochę się zdziwiłam, ale wytłumaczyłam sobie, że kamienica stoi przy stromym zboczu wzgórza i pewnie ma dwa wyjścia. Tak rzeczywiście było, wyszłyśmy tuż obok schodów prowadzących na Stare Miasto, a obok tych schodów trwał właśnie targ staroci. Stare miasto calutkie było zabudowane jakimiś drewnianymi budami i straganami, pomiędzy nimi były jakieś kładki, przejścia, schodki, straszna plątanina. Spotkałam naszą sekretarkę, która stwierdziła, że ponieważ przyszłam do pracy bardzo wcześnie rano, to teraz już mogę iść, tylko muszę wypełnić druczek i złożyć go w okienku, parę schodków niżej. Druczki w okienku przyjmowało dwóch weteranów wojennych.

***

Śniło mi się dwóch starych gejów (tak koło 80-tki), którzy mieszkali razem, mieli opiekunkę i ta opiekunka chciała ich otruć. Podała im środki nasenne, a potem, kiedy te środki już zadziałają, miała podać im coś jeszcze innego, żeby już ostatecznie ich wykończyć. Moim zadaniem było nie dopuścić do tego, żeby zasnęli i w ogóle pilnować ich. Sceneria snu zmieniła się i zamiast w domu tych facetów, znaleźliśmy się w mojej podstawówce. Ja i jeden z nich siedzieliśmy na korytarzu, on przysypiał, ja cały czas go szturchałam, żeby jednak nie zasnął. Drugi gdzieś znikł, po chwili okazało się, że siedzi w sali, w której trwa jakieś zebranie, w dodatku jest tam też ta opiekunka. Przestraszyłam się, bo straciłam kontrolę i nie wiedziałam, czy ona nie wykombinuje czegoś i nie otruje jednak tego drugiego. Tymczasem na korytarzu, gdzie siedzieliśmy, ludzie przygotowywali się do jakiegoś przedstawienia - maszerowali w te i wewte w różnych kolorowych kostiumach.

Potem śniło mi się, że wyszłam z pracy na chwilę, żeby pójść do apteki i chciałam wrócić na skróty przez Stare Miasto - ale ta droga na skróty okazała się strasznie skomplikowana, szłam przez jakieś zaułki, schody, furtki, cudze podwórka, bór wie co jeszcze. Stare Miasto z kolei pełne było pustych, zrujnowanych kamienic, z niektórych zostały tylko jakby drewniane szkielety powyginane w różne strony. Było też strasznie ciasno zabudowane, niektóre uliczki były tak wąskie, że z trudem przeciskał się jeden człowiek. Spojrzałam na zegar na wieży i okazało się, że jest już czwarta, pół godziny temu powinnam była skończyć pracę.

***

Śniło mi się, że idę do teatru na "Hamleta", a tu cała sztuka sprowadzała się do krótkiej scenki, w której występowali jakiś stary król i zmartwiona księżniczka (Ofelia?), którzy zastanawiali się, co się stało z Hamletem, który zaginął. I to był koniec, bo jak się okazało, zamiast całego Hamleta grano tylko ostatnią scenę, której z jakichś przyczyn nie zdążyli zagrać wcześniej. Wyszłam więc i w szatni zakładałam sznurowane buty na obcasie, które komuś ukradłam. 
Potem znalazłam się na rosyjskiej wsi i uczestniczyłam w jakimś obrzędzie, jakby chrzcinach. Najważniejszą osobą była stara, pomarszczona babuszka, która wszystkimi kierowała. Ktoś walił w bęben, który był ażurowy i przypominał łapacz snów, ale w jego "oczkach" pojawiało się to ludzkie oko, to ucho, i okazało się, że to człowiek, który za karę przybrał taką postać. 
Potem oglądałam film z Michaelem Fassbenderem, gdzie ten znalazł się w jakimś dziwnym miejscu - na statku kosmicznym? - pośród czegoś, co przypominało płynącą lawę albo wirujące, kolorowe, psychodeliczne kręgi. Okazało się, że była tam anomalia czasowa, i Fassbenderów zrobiło się dwóch. Byli tą samą osobą, ale nazywali się inaczej, jeden Dima (bo to cały czas był rosyjski film), a drugi Salo-Molo. najpierw próbowali ze sobą walczyć, a potem stwierdzili, że muszą współpracować, żeby się stąd wydostać. Pomyślałam, że muszę koniecznie sprawdzić na Filmwebie, co to za film i obejrzeć go, a potem uświadomiłam sobie, że śpię i żadnego takiego filmu nigdy nie było.


***

Śnił mi się Cassian Andor uciekający przez dżunglę. Słońce zachodziło, a on musiał, zanim zapadł zmierzch, wspiąć się na drzewo, bo inaczej dopadłyby go jakieś bestie polujące w dżungli po zmroku. Ale! to nie było takie proste, bo na drzewach z kolei czaiły się jemiołaki - żarłoczne rośliny, które potrafiły opleść się, przyssać i pożreć tego, który wlazł na drzewo. Cassian ocenił, że na tym drzewie nie ma jemiołaków, wlazł, przypiął się pasem i zasnął, niestety, w nocy obudził się nagle, kiedy jemiołak już przyssał mu się do policzka, i musiał walczyć z nim nożem.

***

Śniło mi się, że byłam księżniczką, mwahahahaha. Z tym że taką bardziej wojowniczą księżniczką i zamiast zajmować się rzeczami godnymi damy, ćwiczyłam jazdę konną i szermierkę. Trenowałam z przystojnym kapitanem gwardii, ciemnowłosym, w latynoskim typie, nazwiskiem Mendoza (nawet wiem, skąd mi się ten Mendoza wziął - wieczorem oglądałam na youtubie kawałki "Tajemniczych Złotych Miast"). Ćwiczyliśmy "na ostro", zamiast drewnianymi atrapami i w pewnym momencie zostałam ranna. Niegroźnie, ale tu się zaczyna intryga. Otóż byłam osobą królewskiej krwi, a jakiekolwiek uszkodzenie takiej osoby, to była zbrodnia stanu, karana torturami i śmiercią. Oczywiście nie mogłam dopuścić do tego, żeby kapitan Mendoza poniósł konsekwencje, więc musiałam coś wymyślić. I stwierdziłam, że jakby co, to nakłamię, że ćwiczyłam z moim kuzynem. On też był królewskiej krwi, więc nic mu nie groziło, poza chwilową niełaską. Problem leżał w tym, jak mu to powiedzieć - nie mogłam otwarcie, bo wszędzie było pełno podsłuchujących służących. Poszłam więc do niego i oznajmiłam coś takiego, że ojciec będzie wściekły, więc musimy wymyślić, jak się usprawiedliwi z powodu tego naszego pojedynku. Kuzyn był inteligentny, więc od razu zrozumiał, o co mi chodzi i że muszę kogoś kryć. W ten sposób sprawę miałam niemal załatwioną - tyle że Mendoza się obraził. Staliśmy w takiej niszy, jakby wnęce okiennej i kłóciliśmy się, a on się upierał, że musi ponieść konsekwencje, bo tak mu nakazuje honor i coś tam coś tam, bla bla bla. Ja byłam wściekła, no bo "konsekwencje" oznaczały śmierć w męczarniach. Aż w końcu olśniło mnie i zapytałam, czy nie chodzi mu przypadkiem o to, że poprosiłam o pomoc kuzyna. A on nic nie odpowiedział, tylko z bardzo ponurą i zaciętą miną gapił się w dal.

***
Obudziłam się dziś ze zdaniem dźwięczącym w uszach:
"Ale ustalmy jedno: nie możemy zabić inkwizytora, jasne?"

***

Grupa naukowców przedzierała się przez Arktykę, a gdzieś tam za nimi podążały tropiące ich maszyny, coś w rodzaju Transformersów. Te maszyny płynęły pod lodem, wynurzając się od czasu do czasu i łamiąc krę z wielkim hukiem. Miały za zadanie schwytać tych naukowców zanim dotrą do jakiejś bazy i przekażą swoje informacje. Na szczęście naukowcy w pewnym momencie zmienili trasę i dotarli do jakiejś jaskini, w której ukryte były ich pojazdy - wyglądały jak kolorowe dziecięce bączki. Potem przeniosłam się do jakiegoś stanowiska dowodzenia, gdzie grupa ludzi pod przywództwem młodej, ciemnowłosej kobiety, omawiała problemy całej planety. Planeta składała się głównie z pustyń, piaszczystych i lodowych. Te dwa ekosystemy toczyły ze sobą ciągłą walkę. Pamiętam, że padły słowa "Trzeba tam wysłać kogoś, kto ma wyższe kody dostępu".

***

Najpierw śniło mi się, że jestem na komisariacie (?), gdzie mam sprawdzić materiały do jakiejś sprawy. Otworzyłam tekturową teczkę, były w niej wydruki na maszynie; jakieś paranoiczne bredzenie o spiskach itp. Potem te materiały gdzieś zginęły i stwierdziłam, że jakby co, to odtworzę je z pamięci. Następnie byłam gdzieś z Bondem, chyba Craigiem. Bonda aresztowali ludzie w mundurach przypominających włoskich karabinierów; jeden z nich był karłem. Zabrali Bondowi broń, ale ten zaczął odwracać ich uwagę magicznymi sztuczkami i ukradł karłowi nóż w skórzanej pochwie; dyskretnie przekazał go mnie, a ja natychmiast schowałam go do kieszeni, ale w kieszeni była dziura i widać było kawałek noża. Pomyślałam, że mogłam go schować do trzymanej w ręce teczki, ale za chwilę podeszli do mnie ludzie, którzy tę teczkę przeszukali, a potem jeden z nich wymierzył do mnie z kuszy i kazał mówić wszystko co wiem o planach Bonda. Kusza była zbudowana trochę jak łuk Tilla w "Du riechst so gut" i mogła strzelać serią. Facet wypuścił trzy strzały, które wbiły się w ścianę nad moją głową; powiedziałam coś w rodzaju "No i co mam ci powiedzieć, pochwalić konstrukcję tej kuszy?", a potem zamknęłam oczy, żeby go nie widzieć i tak staliśmy jakiś czas. Cały czas czułam się bezpiecznie, bo faktycznie nic nie wiedziałam o planach Bonda. Facet w końcu uznał, że nic ze mnie nie wyciągnie i poszedł. Zawołałam za nim jeszcze "Daję ci słowo honoru, że nie znam tych planów!". Z jakichś powodów zabrał mi buty (granatowe tenisówki) i musiałam wracać na bosaka.
Przejrzałam teczkę, były w niej materiały na temat szpitala w Leśnej Górze oraz w innych miejscowościach z górą w nazwie. Pomyślałam, że ludzie, którzy porwali Bonda, mnie śledzą i muszę zachowywać się jak najbardziej normalnie. Zastanawiałam też, jak skontaktować się z ludźmi M i przekazać jej informację, że Bonda schwytano, ale doszłam do wniosku, że oni też pewnie obserwują mnie, a przynajmniej moje mieszkanie i jak się dowiedzą, że wróciłam, to sami się skontaktują.
Wstąpiłam do sklepu, żeby kupić sobie jakieś buty, ale zamiast sklepu w bramie było przedszkole. Trwała w nim zabawa, w jednej sali dzieci tańczyły, w drugiej był poczęstunek. Przedszkolanka była bardzo zdenerwowana, bo czekała na jakąś wizytację. Była ubrana w białą, koronkową, prześwitującą sukienkę, pod którą miała włożony niebieski podkoszulek, ale był on krótki i nie zasłaniał majtek. Z przedszkolanką miałam jakoś na pieńku (coś z początku snu, czego nie pamiętam?) i stwierdziłam, ze jest głupia i mam nadzieję, że ta kontrola wypadnie źle.
Naprzeciwko przedszkola w tej samej bramie była księgarnia-antykwariat, prowadzona przez jakichś starych anarchistów. Weszłam do niej; na środku sali stał stół, a na nim siedział stary diabeł o szarej, pomarszczonej twarzy i coś czytał. Kręciłam się i oglądałam książki, diabeł zszedł ze stołu i podszedł do mnie, powiedziałam coś w stylu "Źle wyglądasz", a on odpowiedział "No a czego się spodziewałaś", wtedy zobaczyłam, że to ucharakteryzowany aktor, ale kiepsko, bo twarz miał umalowaną na szaro, ale uszy w naturalnym kolorze.

***

Oglądałam reportaż o Rosji Putina i dziewczynie, która należała do jednej z proputinowskich grup młodzieżowych. Potem znalazłam się w Rosji, stałam na ulicy przed sklepem, na wystawie którego leżały cztery zegary, każdy z nich pokazywał inny czas. Ktoś (Małż?) pytał mnie, dlaczego tak - wyjaśniłam, że jeden pokazuje rosyjski czas letni, drugi zimowy, a dwa pozostałe to nie wiem. Potem jeden z zegarów zmienił się w ekran, na którym zaczął wyświetlać się czarno-biały film o marynarzu na okręcie wojennym; trwała jakaś bitwa, a on strzelał z działa.
Szłam przez las, moją przewodniczką była dziewczyna o długich, kręconych włosach. W pewnym momencie zauważyłam, że z ziemi wystaje krótki, ceglany komin. Przewodniczka wyjaśniła, że to ziemianka, w której ukrywają się antyputinowscy opozycjoniści. Pomyślałam, że ten komin jest za bardzo widoczny, będzie ich łatwo namierzyć. Po chwili usłyszałam nadjeżdżający samochód i wtem koło nas pojawił się młody chłopak, który zaczął maskować komin za pomocą leżących w pobliżu kamieni, jak się okazało, elementów jakiegoś pomnika. Na koniec zastawił komin od przodu płytą, na której wyryty był napis poświęcony partyzantom, którzy polegli w tych lasach i ich zdjęcia - owalne, na porcelanie, jak na nagrobku (o jednym było napisane, że działał w Polsce w podziemiu aborcyjnym). Niestety, miał za mało czasu i nie zdążył dokładnie zakamuflować wszystkiego. Samochodem przyjechała wycieczka młodzieży, która zaczęła składać kwiaty pod tym pomnikiem, w międzyczasie ja dyskretnie dosunęłam nogą ostatni z kamieni na miejsce. Pomyślałam, że trzeba by opracować jakiś lepszy system, żeby można było kamuflować to miejsce błyskawicznie, jak za naciśnięciem guzika. Potem szłam dalej leśną drogą, przewodniczka powiedziała, że nie mogę wrócić tak samo jak przyszłam. Minął nas tamten samochód z młodzieżą, ale jechał dziwnie, ustawiony bokiem do osi drogi, dopiero potem wykręcił i pojechał normalnie.
Wyszłam z lasu na ulicę małego miasteczka, było już ciemno. Chciałam kupić coś do jedzenia w małym sklepiku, był otwarty mimo późnej pory, a na oknie była przyklejona kartka "kości na rosół dostępne do zamknięcia sklepu".

***

Sherlock (BBC) prowadził śledztwo. Istotnym elementem tegoż było, że jakiś chłopak jechał na rowerze obok tramwaju, jakby ścigając się z nim i coś w ten sposób badał. To się powtarzało kilka razy, czasem chłopak wiózł coś (np. baniak z wodą), czasem próbował coś podać do wnętrza tramwaju, czasem tylko jechał i patrzył w okna. Potem Sherlock wyjaśniał coś grupie ludzi, zebranych w krużgankach jakiejś starej budowli. Jedna kobieta miała na głowie okrągły, płaski kapelusz, który zerwał jej się z głowy i zaczął latać, a ona usiłowała go złapać. Sherlock wskazywał na kapelusz i wyjaśniał, że w pewnych okolicznościach coś może utracić swą wagę i zacząć się unosić. Następnie znalazł się znów w okolicy torów tramwajowych i zaczął coś badać, usypując jakby ślady stóp z białego proszku. Te ślady miały go dokądś doprowadzić, ale w tym momencie sen się urwał (kot mnie obudził?). Potem byłam u siebie w domu i okazało się, że oglądałam odcinek Sherlocka w telewizji, ale jeszcze na tym starym, czarno-białym telewizorze, który stał w pokoju babci. Przyszła Ania i powiedziała, że posiedzi u nas trochę, bo u nich strasznie przeszkadza hałas z ulicy (jakieś roboty drogowe), a u nas go nie słychać. Próbowałam cofnąć program, żeby obejrzeć końcówkę odcinka Sherlocka, ale mogłam przewinąć tylko do początku następnego programu, jakiejś publicystyki (takiej właśnie w stylu PRL-owskim, studio, w którym kilka osób siedzi na fotelach i dyskutuje).

Byłam na jakimś małym, brukowanym kostką placyku, był niby wieczór, bo wokoło już całkiem ciemno, ale słońce wciąż stało na niebie, tak przyćmione, że można było patrzeć na nie gołym okiem. Zauważyłam piękne wybuchy na jego krawędzi i zaczęłam oglądać je przez szczelinę w palcach; były coraz większe i bardziej kolorowe. Potem zeszłam na duży plac, na którym siedziało na ziemi mnóstwo ludzi. Przyszli tam ze względu na kanonizację papieża. Chciałam usiąść na karimacie obok jakichś starców w burnusach, ale ktoś wskazał mi miejsce gdzie indziej. Byli tam też ortodoksyjni Żydzi, którzy w niektórych momentach zasłaniali uszy, bo mówiono coś, czego im nie było wolno słuchać.

***

Na początku było tak, że jakiś profesor przeprowadzał eksperyment z substancją, po zażyciu której człowiek przenosił się do innego wymiaru. Ochotnikiem był facet wyglądający jak Colin Farrell. Okazało się, że po tym przeniesieniu człowiek zamienia się w żywą bombę i wybucha, bo tak naprawdę, trwała wojna z istotami z innego wymiaru. Kiedy wybuchnie, to jednak wraca znów na Ziemię do swojego ciała.
Ten Farrell wrócił, był cały roztrzęsiony, wołał, że tam są ludzie, kobiety i dzieci, trzeba natychmiast to przerwać, ale wszyscy go ignorowali, tylko asystent profesora (wyglądał jak Benedict - Sherlock, tylko włosy miał w kolorze ciemnowiśniowym) przyglądał mu się uważnie. Wiedziałam, że to jest wielki projekt rządowy i tego Farrella, skoro protestuje, zaraz wyeliminują.
Postanowiłam sama to zbadać i jakoś przeniosłam się (też zażyłam substancję?) do miejsca, w którym stały wielkie, zrujnowane budynki. Błądziłam po nich, po różnych walących się, odrapanych korytarzach, mijałam ludzi, którzy tam mieszkali, ale każdy był zajęty swoimi sprawami i nikt nie zwracał na mnie uwagi. Wszystko miało niebieskawozielony kolor. Potem w jakiś sposób doszłam do wniosku, że to jest kraina umarłych. Nie świeciło tam słońce; zebrałam grupę ludzi i wyszłam na podwórze pomiędzy tymi budynkami, podwórze było przykryte od góry jakby dachem z półprzezroczystego materiału, przez który widać było ciemne, nocne niebo i latające po nim mnóstwo satelitów. Zaczęłam namawiać tych ludzi, żeby myśleli o słońcu, bo wygląd tego miejsca mógł być "sterowany" myślami mieszkańców, ale nie udało się i wróciliśmy do budynku, do jednej wielkiej sali.
Na scenie występował zespół, dwóch jasnowłosych chłopaków i dwie dziewczyny, wszyscy w niebieskich kombinezonach; grali reggae. Powiedziałam im, że ich pamiętam i nie wiedziałam nawet, że zginęli. Potem wzięłam na ręce kota - było tam sporo kotów, niektóre miały czerwone, przekrwione oczy i różne rany. W ogóle ci, którzy świeżo tam trafili, nosili jeszcze ślady tego, jak umarli, potem to się jakoś goiło. Pojawił się kosmita, który był naszym nadzorcą, ta cała kraina zmarłych była na obcej planecie. Wyglądał trochę jak Maska, oczy miał jak Grumpy Cat. Zaczęłam go wypytywać o różne rzeczy, m. in. czy jest tak, że jak tu się umrze, to trafia się do jakiejś kolejnej krainy. On się wkurzył w końcu tymi pytaniami, i poszedł gdzieś, a ja stwierdziłam, że nie chcę mu podpadać, bo może mnie zabić, a ja tymczasem chcę stąd uciec sama.
Znowu zebrałam wokół siebie grupkę i zeszliśmy na dół do garażu, w którym stały różne dziwne pojazdy. Obserwowałam zza rogu, w polu widzenia pojawiła się kosmitka w takim jakby średniowiecznym czepcu na głowie, kiedy przeszła, ruszyliśmy dalej.
Trafiliśmy na lotnisko, do hali odlotów, przez okno obserwowałam, jak ląduje ogromny helikopter i podczas tego lądowania łamie się wpół, a części rozlatują się po całym lotnisku. Fragment ogona przebił się do hali i sunął prosto na nas, podskoczyliśmy i przeszedł nam pod nogami, cały był pokryty jakby rozwodnioną krwią. Okazało się, że można tu zginąć, jeśli trafi się w to miejsce, w którym się umarło na Ziemi. Jedna z kobiet z mojej grupy odeszła w bok i zaczęła się dusić, musiała się szybko wycofać i było wiadomo, ze nie może już iść w tym kierunku, bo zbliża się w ten sposób do miejsca, w którym umarła.
Poszliśmy dalej, przez miasto, musieliśmy trochę się ukrywać przed kosmitami, ale generalnie szło się bez przeszkód. Na drodze pod miastem minęła nas i nagle zahamowała ciężarówka, okazało się, że kierowcę coś dopadło i kabinę zaczynają porastać jakby koralowce, zaraz go uwiężą, wołałam do niego, żeby uciekał stamtąd szybko i szedł z nami. Potem przeszliśmy przez wielką stalową bramę i wtedy umarła mała dziewczynka, która była z nami - momentalnie skurczyła się do rozmiarów lalki. Stwierdziłam, że musimy ją pochować i zaczęłam kopać rękami w ziemi, ale jedna z kobiet miała ze sobą saperkę, więc dalej kopałyśmy już saperką.
Nagle pojawił się Małż, przeraziłam się, że on też nie żyje, ale okazało się, ze można tę krainę odwiedzać też we śnie. Okazało się, że odkąd umarłam to bida z nyndzą, on musiał się wyprowadzić z domu i mieszka w jakiejś kanciapie, chyba też zaczął pracować jako kierowca. Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę i się obudziłam.



piątek, 30 czerwca 2017

Sherlock Holmes – autystyczny geniusz, czy zwykły buc?

Ze wszystkich Sherlocków najbardziej lubię tego oryginalnego, Conan-Doyle’owskiego. Chłodny dżentelmen, po angielsku powściągliwy, którego emocje objawiają się co najwyżej lekkim rumieńcem na bladej zwykle twarzy i żywszym błyskiem w oku, który jest doskonale świadomy swej wyższości umysłowej nad większością ludzi, lecz to nie zwalnia go z obowiązku uprzejmego wobec nich zachowania. Nawet narkotyzuje się z klasą. 



Ostatnio obejrzana „Gra cieni” z Robertem Downeyem Juniorem tylko mnie utwierdziła w tym przekonaniu. Sherlock RDJ-a wygląda, jakby urwał się z kiepskiego fanfika, w którym wszystkie postaci są out of character, a on najbardziej. Brudny, nieogolony, miotający się jak w gorączce, ubrany w jakieś szmaty albo półnagi, pomiatający Watsonem... Sorry, ale nie. Wizjo reżyserska, nie zgadzasz się z moją totalnie, odejdź i daj się zapomnieć.


Ale nie o tym chciałam. Sherlock RDJ-a zdecydowanie nie jest też autystycznym geniuszem; do tego określenia pasuje kto inny – Sherlock BBC.
Autyzm, mam wrażenie, zrobił się modny w popkulturze. Co najmniej od czasów Rain Mana funkcjonuje topos właśnie autystycznego geniusza, który co prawda nie rozumie emocji i ludzkich zachowań, po wieloma względami jest osobą upośledzoną umysłowo, ale za to jego mózg w jednej, wybranej dziedzinie wystrzela w kosmos pozostawiając wszystkich daleko za sobą (dodajmy - jest to topos zakłamujący obraz autyzmu i gloryfikujący zaburzenia, które w realnym świecie wcale nie są cool - uwaga dzięki Kindze Goodwin). Tym tropem idą też twórcy Sherlocka BBC. On, oczywiście, nie jest Rain Manem, jego umysł we wszystkich dziedzinach funkcjonuje sprawnie, umożliwiając mu normalne życie wśród ludzi, jednak pewne zachowania zdają się wskazywać na zaburzenia ze spektrum autyzmu (najpewniej zespół Aspergera bądź autyzm wysokofunkcjonujący), oczywiście w takim złagodzonym, a jednocześnie efektownym wydaniu, w jakim widzi je popkultura.
(Zaznaczę w tym miejscu, że używając w notce terminów odnoszących się do tych zaburzeń, będę miała na myśli właśnie popkulturowy ich obraz, nie definicję medyczną, z którą obraz ten może się po części przynajmniej pokrywać, ale nie musi.)
Kiedy poznajemy Sherlocka, wydaje się on aroganckim typem, który zawsze wie lepiej i nie omieszka głośno poinformować wszystkich zainteresowanych, że policja się myli, a tylko on zna prawidłowe rozwiązanie. No co za cham, można by powiedzieć. Ale zaraz... właściwie to prawda! Policja się myli, a Sherlock wie! A skoro wie – to dlaczego miałby o tym nie mówić głośno? Autyk czy aspergeryk nie rozumie ludzkich emocji i ma kłopot z zachowaniami społecznymi; ergo – wali prawdę prosto z mostu, nie zważając na odczucia innych. Taki właśnie jest Sherlock...
(Tu należałoby się zastanowić, czy osoba, która nie rozumie ludzkich emocji, ma kłopoty z ich odczytywaniem, mogłaby zostać genialnym detektywem, czy też raczej uniemożliwiałby jej to brak wiedzy o kierujących ludźmi motywacjach. Niemniej, popkultura wybiera sobie z obrazu choroby co chce, i tak Sherlock odgórnie zostaje wyposażony w doskonałą znajomość natury ludzkiej, która pozwala mu między innymi czytać jak z książki biografie zupełnie obcych, widzianych pierwszy raz w życiu osób.)


Sherlock zraża więc ludzi do siebie swą arogancją, oznajmia wszem i wobec, że jest mądrzejszy, klientów spławia, mówiąc wprost, że go nudzą, wyraźnie gardzi tymi, którzy są od niego mniej inteligentni. No, buc, książę Buc-i-cham po prostu. Ale znowu: on inaczej nie umie. Ci, którzy znają go dobrze, wiedzą o tym, i są w stanie kochać go mimo wszystko. Sherlock ma grono wrogów, ale ma też i oddanych przyjaciół, których nie zdobyłby, gdyby był po prostu bucem, choćby i genialnym. Jeśli ich rani czy obraża, nie robi tego z intencją zranienia. Nawet kiedy wywinął ten paskudny numer Gregowi w drugim odcinku trzeciej serii, nie zrobił tego celowo – po prostu nie przyszło mu do głowy, zaprzątniętej najważniejszym w tej chwili dla niego problemem, jak Lestrade odczyta jego wołanie o pomoc. Co więcej, nawet ten Sherlock, na miarę swych ograniczonych możliwości, potrafi nieraz zdobyć się na empatię. Doceniamy te wysiłki.
I tak było aż do niesławnej czwartej serii, gdzie w pierwszym odcinku mamy scenę z kolejnym nudnym klientem przychodzącym ze swoją nudną sprawą – żona go porzuciła. Sherlock zalewa go potokiem słów, wyrzucanych z prędkością karabinu maszynowego; buduje przed jego zdumionymi oczami siedmiopiętrową intrygę szpiegowską, w której jakoby uczestniczy wspomniana żona, by na koniec oznajmić: „Żartowałem, to wszystko nieprawda, rzuciła cię, bo ci śmierdzą nogi” (nie pamiętam dokładnie, jaki był powód rzucenia, ale sens wypowiedzi SH był właśnie taki).
Widzicie, co tu się dzieje? Sherlock celowo poniża i upokarza Bogu ducha winnego człowieka, który przyszedł do niego po pomoc.
O żesz ty, chujku bociani, tak się nie robi. I nie na Sherlocka tu patrzę, tylko na scenarzystę, któremu w pogoni za wątpliwej jakości dowcipem peron odjechał daleeeeko. Daleko w stronę kompletnego zepsucia postaci, bo nie dość, że SH wywija chamski numer, którego tym razem nie można tłumaczyć domniemanym autyzmem, to jeszcze w końcówce najwyraźniej nie docenia przeciwniczki, a wręcz sam ją prowokuje (znów za pomocą pełnej pogardy przemowy!) do ostrej reakcji. No cóż, można powiedzieć, że spotkała go za to kara, szkoda tylko, że sam nie oberwał...
Ale na czwarty sezon spuśćmy zasłonę milczenia. Nie było czegoś takiego.



Ergo, jaka jest moja odpowiedź na pytanie zadane w tytule? No cóż, stawiam jednak na autystycznego geniusza. Chamskie zachowanie Sherlocka nie jest celowe; nie rozumiejąc konwenansów społecznych, nie odczytując prawidłowo uczuć i emocji, Sherlock nie zauważa, że rani innych. Przecież to, że jest genialny, a inni w porównaniu z nim – tępi, to sama prawda, czyż nie? A skoro to prawda, dlaczego ma ją przemilczać? Wie, że Molly go kocha, ale nie rozumie, co to znaczy i nie odczuwa potrzeby delikatności wobec zranionych uczuć; dlaczego miałby udawać, że ona dla niego coś znaczy, skoro tak nie jest?
(Btw, jestem zdania, że nie tylko Molly jest zakochana w Sherlocku, ale i Lestrade. Tylko miłość może dać tyle cierpliwości do takiego człowieka, jak on ;) )




Z drugiej strony – możliwe, że go po prostu usprawiedliwiam. Możliwe, że wszystkie jego zachowania nie biorą się z autyzmu, że jest on po prostu wygodną przykrywką do rozdętego do granic ego. Możliwe, że dla Sherlocka liczy się tylko on sam i owszem, uczucia innych zauważa, ale absolutnie nie jest to coś, z czym należy się liczyć.

Niemniej, ze względu na sympatię, jaką żywię do oryginalnego Sherlocka, wolę pozostać przy wersji z autyzmem. Inaczej musiałabym przyznać, że zmarnowałam kilka lat i sporo entuzjazmu na oglądanie przygód przykrego typa, któremu należałby się głównie kopniak w tyłek...  

poniedziałek, 5 czerwca 2017

San Andreas, czyli odhaczamy bingo

Lubię oglądać filmy katastroficzne. W zależności od nastroju - niskobudżetowe, gdzie można pośmiać się z kiepskiego CGI, drewnianej gry i Ale Głupiej Fabuły albo wysokobudżetowe, gdzie gra też nieraz jest drewniana, fabuła durna jak wiadro, ale przynajmniej efekty specjalne zapierają dech w piersiach. "2012" jest tutaj najlepszym przykładem; osobiście polecam dostępne na jutubku kompilacje wszystkich scen zniszczenia - naprawdę nie ma potrzeby tracić czasu na resztę filmu. 
Dodatkową zabawą podczas oglądania filmów katastroficznych jest odhaczanie bingo. Bohater - rozwodnik i jego skomplikowane relacje z dziećmi? Nowy facet jego byłej żony, który okazuje się dupkiem? Naukowiec, Którego Nikt Nie Słucha? Bez tych elementów nie może się obejść żaden szanujący się film katastroficzny. 
Ostatnio przypomniałam sobie o istnieniu takiego filmu jak "San Andreas". Postanowiłam obejrzeć, oczywiście z pełną świadomością, że na frapującą fabułę czy postacie będące czymś więcej niż dekoracją z dykty, nie mam co liczyć, ale przynajmniej z nadzieją na tę efektownie pękającą ziemię czy walące się budynki. 
Zaczyna się standardowo. Jak wiadomo, na początku każdego filmu katastroficznego musi zginąć jakiś random, bądź apokalipsa musi spaść na jakąś miejscowość na obrzeżach cywilizowanego świata (a w każdym razie daleko od jego pępka, tj. Ameryki). Tu obserwujemy piękną młodą blondynkę, która nie spodziewając się niczego jedzie samochodem po krętej górskiej drodze. Nagle wtem! z góry zaczynają spadać kamienie, samochód wylatuje z drogi i spada po pionowej skale wprost w głąb uskoku San Andreas. Na szczęście po drodze nadziewa się na jakieś drzewko i zawisa nad nim, tak, że dziewczyna chwilowo jest ocalona (tak samo jak ocalał ten pasterz w "Morcie" Pratchetta, kiedy Mort schwytał tuż nad ziemią klepsydrę z jego życiem ;)). 
Na ratunek leci Bardzo Dzielna Ekipa ratowników w śmigłowcu, którymi dowodzi wielki jak góra i równie wyrazisty pod względem mimiki Ray (Dwayne Johnson). Dokonując cudów zręczności ratują dziewczynę, co filmuje zabrana na akcję dziennikarka. Potem bohater zostaje nam przedstawiony - oczywiście jest w trakcie rozwodu, oczywiście ma córkę, którą właśnie obiecał odwieźć gdzieś tam, na studia. Podejrzewamy, że to mu się nie uda. Poznajemy też Nowego Faceta Byłej Żony, który, o dziwo, na ten moment wydaje się całkiem w porządku. 
W międzyczasie widzimy kolejny element bingo - Naukowca, Którego Nikt Nie Słucha. Znaczy, póki co, słucha go cała sala studentów, ale to się nie liczy. Doktor Lawrence wraz ze swym kolegą Kimem właśnie odkryli superprosty sposób na przepowiadanie trzęsień ziemi i wybierają się w okolice Tamy Hoovera, bo tam jak na zawołanie pojawiły się mikrowstrząsy. 
Wiecie, co najbardziej lubię w dobrze zrobionych filmach katastroficznych? Stopniowe budowanie napięcia poprzez pokazywanie drobnych wydarzeń, które są zapowiedzią katastrofy, ale jeszcze nikt o tym nie wie i nie rozpoznaje niebezpieczeństwa. Tak na przykład w "Wulkanie" z 1997 - tu buchnie para z kratki ściekowej, tam zaczyna bulgotać woda w parkowym stawie... A jak to zostało zrobione w "San Andreas"? 
Ano tak, że mamy wieeeelką, wieeeelką tamę... Stoi niewzruszona, ani kamyczek nie drgnie, ani strużka wody się nie przesączy; po jej szczycie spacerują turyści.  Tymczasem w jakimś kanale doktor Kim robi pomiary, radośnie nadaje do doktora Lawrence'a że tak jak się spodziewali, czynnik x wzrasta (aktywność magnetyczna, czy cuś, nie pamiętam). Lawrence pieje ze szczęścia, że mają niezawodną metodę przepowiadania trzęsień ziemi. Aż tu wtem!!! czynnik x wzrasta tysiąckrotnie, ziemia zaczyna się trząść, "Uciekaj! Uciekaj!" wrzeszczy Lawrence do Kima, tama pęka... i w minutę osiem wszystko wali się w gruzy, jednak ci, którym udało się uciec poza takie słupki wysuwane z jezdni - ocaleli. Tak. A Kura siedzi z opadniętą szczęką i zastanawia się, co właściwie widziała.
Wspominałam, że doktor Lawrence jest Naukowcem, Którego Nikt Nie Słucha? Otóż na przykładzie tej postaci widać, jak bardzo scenarzysta odhaczał bingo. O tym, że nikt go nie słucha, dowiadujemy się wyłącznie z własnych słów tegoż; nie mamy ani pół sceny, w której próbowałby kogoś przekonać, a ten go spławiał. Zresztą, widzimy, że przychodzi do niego nakręcić wywiad ta sama dziennikarka, która wcześniej robiła reportaż o dzielnej ekipie ratowniczej, więc chyba jednak nie jest tak bardzo ignorowany.
Ale wróćmy do naszego Raya. Tak jak przewidywałam, z odwiezienia córki na studia nici, bo po trzęsieniu ziemi w Nevadzie wszyscy zostali pilnie wezwani do pracy. Ale na szczęście na miejscu jest Nowy Chłopak Byłej Żony, który oferuje się, że podrzuci ją (córkę) do San Francisco. Nowy Chłopak nazywa się Daniel Riddick i jest obłędnie sławnym i bogatym architektem, podczas lotu prywatnym samolotem pokazuje pasierbicy projekt swego nowego wieżowca. Aha, coś jest na rzeczy - węszy obcykany ze schematami widz; pewnie jak w "Płonącym wieżowcu" budynek miał być najbezpieczniejszy na świecie, ekstremalnie odporny na wstrząsy, ale z powodu skąpstwa wykonawcy nie zastosowano najtrwalszych materiałów itd. Ano, zobaczymy.
A zatem była żona bohatera (Emma) jest w Los Angeles, jego córka (Blake) w San Francisco, a sam bohater leci do Nevady swoim ratowniczym śmigłowcem. Tymczasem doktor Lawrence udziela wywiadu, w trakcie którego wtem! błyska mu myśl, że tylko patrzeć, jak San Andreas się ruszy, wywołując piekło na całym wybrzeżu. No i patrzcie, prorok czy co, jak nie huknie!
I teraz, widzicie to? Jedna ukochana kobieta bohatera jest w mieście na jednym końcu uskoku, a druga na drugim, obie są zagrożone! Jednak Ray ma bliżej do LA, więc zawraca swój dzielny śmigłowiec i leci ratować żonę. Przy okazji, zastanawiałam się, czemu leci sam i gdzie wcięło załogę - teraz jest to oczywiste, musi lecieć sam, bo gdyby ktoś z nim był, to powiedziałby "ej, sorry, współczuję, że twoja żona i córka są w niebezpieczeństwie, ale nie one jedne, a my mamy zadanie do wykonania!". Tymczasem córka zostaje uwięziona na podziemnym parkingu walącego się budynku... i tu jest ten moment, w którym scenarzysta znów odhaczał bingo, bo przypomniał sobie, że przecież Nowy Chłopak Byłej Żony musi być dupkiem. Daniel więc zostawia Blake i ucieka... ale, ale, woła widz, wcale nie uciekł, poszedł po pomoc, a później oberwał czymś w głowę i może stracił pamięć? - Nie, jest dupkiem! Megadupkiem! - przekonuje scenarzysta i na dowód daje scenkę, w której tenże Daniel, w momencie, gdy ziemia znów zaczyna się trząść a budynki walić, wyrzuca jakiegoś człowieka z bezpiecznej kryjówki i sam się tam chowa. A żeby już postawić kropkę nad i, na Daniela czeka Komiczna Śmierć Dupka, a mianowicie spada na niego kontener. Plask.
W każdym razie Blake zostaje uratowana przez chłopaczka, którego poznała godzinę wcześniej, a który odhacza jeszcze jeden punkt w bingo, to znaczy ma ze sobą dziecko, konkretnie młodszego brata. Bo dziecko w filmie katastroficznym musi być. Najlepiej jeszcze chore na astmę lub cukrzycę...
Bla bla, ziemia się trzęsie, budynki się walą, Blake z chłopakiem i jego braciszkiem przedzierają się przez miasto, dzielny tatuś wraz z ocaloną mamusią lecą na ratunek (przy okazji omawiając Traumę Sprzed Lat, przez którą się rozstali [odhaczyć] - a mianowicie śmierć drugiej córki). Blake jako córka strażaka wie wszystko o ratowaniu się w mieście ogarniętym chaosem ("Komórki nie działają, ale jak włamiemy się do sklepu z elektroniką, to na pewno znajdziemy jakiś telefon stacjonarny!" - ach, ta wiara w moc kabla, który na pewno w czasie trzęsienia ziemi nie zostanie zerwany). Tymczasem do miasta zbliża się tsunami. "Musimy schronić się gdzieś wyżej!" - woła Blake i nie wiedzieć czemu, wpada na pomysł, że najlepszy do tego będzie wieżowiec Daniela. Zastanawiam się nad sensem włażenia do jakiegokolwiek budynku w chwili, gdy wszystkie w mieście walą się jak domki z kart, a ten nawet nie jest ukończony, więc jeszcze mniej bezpieczny i stabilny... ale widocznie musi to być jakiś Chłyt Scenariuszowy. Nie, moje przewidywania, że fakt, iż Daniel jest architektem i ten budynek skonstruował, będzie mieć jakieś znaczenie, nie sprawdziły się. Równie dobrze bohaterowie mogli schronić się w dowolnym innym wieżowcu.
Streszczać dalej nie ma sensu, oczywiste jest, że wszyscy się uratują... a na koniec dostajemy jeszcze po oczach łopoczącą amerykańską flagą, żeby było jasne, że nastąpił happy end. Oraz w telewizji wszyscy dziękują naukowcom, którzy ostrzegli... ale jakie ostrzegli? Owszem, doktor Lawrence z pomocą dziennikarki i swoich studentów - hakerów zdołał włamać się na jakiś kanał informacyjny i nadać komunikat, ale w chwili, kiedy to robił, trzęsienie ziemi już trwało i żadne władze i tak nie zdążyłyby przeprowadzić ewakuacji. Zdaje się, że to był kolejny punkt do odhaczenia...

No dobra, ale co z głównym powodem, dla którego obejrzałam film, czyli efektownymi scenami zniszczenia? No cóż, są średnio efektowne. Z 2012 nie ma się co nawet równać, wielka fala w "Pojutrze" też była ciekawsza; tutaj kolejne walące się budynki jakoś nie wzbudzają emocji.

Miało być trzęsienie ziemi, wyszło wzruszenie ramion.