poniedziałek, 5 czerwca 2017

San Andreas, czyli odhaczamy bingo

Lubię oglądać filmy katastroficzne. W zależności od nastroju - niskobudżetowe, gdzie można pośmiać się z kiepskiego CGI, drewnianej gry i Ale Głupiej Fabuły albo wysokobudżetowe, gdzie gra też nieraz jest drewniana, fabuła durna jak wiadro, ale przynajmniej efekty specjalne zapierają dech w piersiach. "2012" jest tutaj najlepszym przykładem; osobiście polecam dostępne na jutubku kompilacje wszystkich scen zniszczenia - naprawdę nie ma potrzeby tracić czasu na resztę filmu. 
Dodatkową zabawą podczas oglądania filmów katastroficznych jest odhaczanie bingo. Bohater - rozwodnik i jego skomplikowane relacje z dziećmi? Nowy facet jego byłej żony, który okazuje się dupkiem? Naukowiec, Którego Nikt Nie Słucha? Bez tych elementów nie może się obejść żaden szanujący się film katastroficzny. 
Ostatnio przypomniałam sobie o istnieniu takiego filmu jak "San Andreas". Postanowiłam obejrzeć, oczywiście z pełną świadomością, że na frapującą fabułę czy postacie będące czymś więcej niż dekoracją z dykty, nie mam co liczyć, ale przynajmniej z nadzieją na tę efektownie pękającą ziemię czy walące się budynki. 
Zaczyna się standardowo. Jak wiadomo, na początku każdego filmu katastroficznego musi zginąć jakiś random, bądź apokalipsa musi spaść na jakąś miejscowość na obrzeżach cywilizowanego świata (a w każdym razie daleko od jego pępka, tj. Ameryki). Tu obserwujemy piękną młodą blondynkę, która nie spodziewając się niczego jedzie samochodem po krętej górskiej drodze. Nagle wtem! z góry zaczynają spadać kamienie, samochód wylatuje z drogi i spada po pionowej skale wprost w głąb uskoku San Andreas. Na szczęście po drodze nadziewa się na jakieś drzewko i zawisa nad nim, tak, że dziewczyna chwilowo jest ocalona (tak samo jak ocalał ten pasterz w "Morcie" Pratchetta, kiedy Mort schwytał tuż nad ziemią klepsydrę z jego życiem ;)). 
Na ratunek leci Bardzo Dzielna Ekipa ratowników w śmigłowcu, którymi dowodzi wielki jak góra i równie wyrazisty pod względem mimiki Ray (Dwayne Johnson). Dokonując cudów zręczności ratują dziewczynę, co filmuje zabrana na akcję dziennikarka. Potem bohater zostaje nam przedstawiony - oczywiście jest w trakcie rozwodu, oczywiście ma córkę, którą właśnie obiecał odwieźć gdzieś tam, na studia. Podejrzewamy, że to mu się nie uda. Poznajemy też Nowego Faceta Byłej Żony, który, o dziwo, na ten moment wydaje się całkiem w porządku. 
W międzyczasie widzimy kolejny element bingo - Naukowca, Którego Nikt Nie Słucha. Znaczy, póki co, słucha go cała sala studentów, ale to się nie liczy. Doktor Lawrence wraz ze swym kolegą Kimem właśnie odkryli superprosty sposób na przepowiadanie trzęsień ziemi i wybierają się w okolice Tamy Hoovera, bo tam jak na zawołanie pojawiły się mikrowstrząsy. 
Wiecie, co najbardziej lubię w dobrze zrobionych filmach katastroficznych? Stopniowe budowanie napięcia poprzez pokazywanie drobnych wydarzeń, które są zapowiedzią katastrofy, ale jeszcze nikt o tym nie wie i nie rozpoznaje niebezpieczeństwa. Tak na przykład w "Wulkanie" z 1997 - tu buchnie para z kratki ściekowej, tam zaczyna bulgotać woda w parkowym stawie... A jak to zostało zrobione w "San Andreas"? 
Ano tak, że mamy wieeeelką, wieeeelką tamę... Stoi niewzruszona, ani kamyczek nie drgnie, ani strużka wody się nie przesączy; po jej szczycie spacerują turyści.  Tymczasem w jakimś kanale doktor Kim robi pomiary, radośnie nadaje do doktora Lawrence'a że tak jak się spodziewali, czynnik x wzrasta (aktywność magnetyczna, czy cuś, nie pamiętam). Lawrence pieje ze szczęścia, że mają niezawodną metodę przepowiadania trzęsień ziemi. Aż tu wtem!!! czynnik x wzrasta tysiąckrotnie, ziemia zaczyna się trząść, "Uciekaj! Uciekaj!" wrzeszczy Lawrence do Kima, tama pęka... i w minutę osiem wszystko wali się w gruzy, jednak ci, którym udało się uciec poza takie słupki wysuwane z jezdni - ocaleli. Tak. A Kura siedzi z opadniętą szczęką i zastanawia się, co właściwie widziała.
Wspominałam, że doktor Lawrence jest Naukowcem, Którego Nikt Nie Słucha? Otóż na przykładzie tej postaci widać, jak bardzo scenarzysta odhaczał bingo. O tym, że nikt go nie słucha, dowiadujemy się wyłącznie z własnych słów tegoż; nie mamy ani pół sceny, w której próbowałby kogoś przekonać, a ten go spławiał. Zresztą, widzimy, że przychodzi do niego nakręcić wywiad ta sama dziennikarka, która wcześniej robiła reportaż o dzielnej ekipie ratowniczej, więc chyba jednak nie jest tak bardzo ignorowany.
Ale wróćmy do naszego Raya. Tak jak przewidywałam, z odwiezienia córki na studia nici, bo po trzęsieniu ziemi w Nevadzie wszyscy zostali pilnie wezwani do pracy. Ale na szczęście na miejscu jest Nowy Chłopak Byłej Żony, który oferuje się, że podrzuci ją (córkę) do San Francisco. Nowy Chłopak nazywa się Daniel Riddick i jest obłędnie sławnym i bogatym architektem, podczas lotu prywatnym samolotem pokazuje pasierbicy projekt swego nowego wieżowca. Aha, coś jest na rzeczy - węszy obcykany ze schematami widz; pewnie jak w "Płonącym wieżowcu" budynek miał być najbezpieczniejszy na świecie, ekstremalnie odporny na wstrząsy, ale z powodu skąpstwa wykonawcy nie zastosowano najtrwalszych materiałów itd. Ano, zobaczymy.
A zatem była żona bohatera (Emma) jest w Los Angeles, jego córka (Blake) w San Francisco, a sam bohater leci do Nevady swoim ratowniczym śmigłowcem. Tymczasem doktor Lawrence udziela wywiadu, w trakcie którego wtem! błyska mu myśl, że tylko patrzeć, jak San Andreas się ruszy, wywołując piekło na całym wybrzeżu. No i patrzcie, prorok czy co, jak nie huknie!
I teraz, widzicie to? Jedna ukochana kobieta bohatera jest w mieście na jednym końcu uskoku, a druga na drugim, obie są zagrożone! Jednak Ray ma bliżej do LA, więc zawraca swój dzielny śmigłowiec i leci ratować żonę. Przy okazji, zastanawiałam się, czemu leci sam i gdzie wcięło załogę - teraz jest to oczywiste, musi lecieć sam, bo gdyby ktoś z nim był, to powiedziałby "ej, sorry, współczuję, że twoja żona i córka są w niebezpieczeństwie, ale nie one jedne, a my mamy zadanie do wykonania!". Tymczasem córka zostaje uwięziona na podziemnym parkingu walącego się budynku... i tu jest ten moment, w którym scenarzysta znów odhaczał bingo, bo przypomniał sobie, że przecież Nowy Chłopak Byłej Żony musi być dupkiem. Daniel więc zostawia Blake i ucieka... ale, ale, woła widz, wcale nie uciekł, poszedł po pomoc, a później oberwał czymś w głowę i może stracił pamięć? - Nie, jest dupkiem! Megadupkiem! - przekonuje scenarzysta i na dowód daje scenkę, w której tenże Daniel, w momencie, gdy ziemia znów zaczyna się trząść a budynki walić, wyrzuca jakiegoś człowieka z bezpiecznej kryjówki i sam się tam chowa. A żeby już postawić kropkę nad i, na Daniela czeka Komiczna Śmierć Dupka, a mianowicie spada na niego kontener. Plask.
W każdym razie Blake zostaje uratowana przez chłopaczka, którego poznała godzinę wcześniej, a który odhacza jeszcze jeden punkt w bingo, to znaczy ma ze sobą dziecko, konkretnie młodszego brata. Bo dziecko w filmie katastroficznym musi być. Najlepiej jeszcze chore na astmę lub cukrzycę...
Bla bla, ziemia się trzęsie, budynki się walą, Blake z chłopakiem i jego braciszkiem przedzierają się przez miasto, dzielny tatuś wraz z ocaloną mamusią lecą na ratunek (przy okazji omawiając Traumę Sprzed Lat, przez którą się rozstali [odhaczyć] - a mianowicie śmierć drugiej córki). Blake jako córka strażaka wie wszystko o ratowaniu się w mieście ogarniętym chaosem ("Komórki nie działają, ale jak włamiemy się do sklepu z elektroniką, to na pewno znajdziemy jakiś telefon stacjonarny!" - ach, ta wiara w moc kabla, który na pewno w czasie trzęsienia ziemi nie zostanie zerwany). Tymczasem do miasta zbliża się tsunami. "Musimy schronić się gdzieś wyżej!" - woła Blake i nie wiedzieć czemu, wpada na pomysł, że najlepszy do tego będzie wieżowiec Daniela. Zastanawiam się nad sensem włażenia do jakiegokolwiek budynku w chwili, gdy wszystkie w mieście walą się jak domki z kart, a ten nawet nie jest ukończony, więc jeszcze mniej bezpieczny i stabilny... ale widocznie musi to być jakiś Chłyt Scenariuszowy. Nie, moje przewidywania, że fakt, iż Daniel jest architektem i ten budynek skonstruował, będzie mieć jakieś znaczenie, nie sprawdziły się. Równie dobrze bohaterowie mogli schronić się w dowolnym innym wieżowcu.
Streszczać dalej nie ma sensu, oczywiste jest, że wszyscy się uratują... a na koniec dostajemy jeszcze po oczach łopoczącą amerykańską flagą, żeby było jasne, że nastąpił happy end. Oraz w telewizji wszyscy dziękują naukowcom, którzy ostrzegli... ale jakie ostrzegli? Owszem, doktor Lawrence z pomocą dziennikarki i swoich studentów - hakerów zdołał włamać się na jakiś kanał informacyjny i nadać komunikat, ale w chwili, kiedy to robił, trzęsienie ziemi już trwało i żadne władze i tak nie zdążyłyby przeprowadzić ewakuacji. Zdaje się, że to był kolejny punkt do odhaczenia...

No dobra, ale co z głównym powodem, dla którego obejrzałam film, czyli efektownymi scenami zniszczenia? No cóż, są średnio efektowne. Z 2012 nie ma się co nawet równać, wielka fala w "Pojutrze" też była ciekawsza; tutaj kolejne walące się budynki jakoś nie wzbudzają emocji.

Miało być trzęsienie ziemi, wyszło wzruszenie ramion.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

O,dobre,będę unikać,dzięki za recenzję.
Przypomniał mi się dowcip Mleczki:astrolog mówi ucieszony:przepowiedziałem zarazę i są pierwsze wypadki zachorowań!


Chomik