Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 26 maja 2008

Indiana Jones i Skarb Chaldejczyków odc.20

Wielkie, kamienne wrota wznosiły się nad nimi surową, prostą linią. Zamknięte na głucho. Szara, gładka płaszczyzna pokryta była symbolicznymi przedstawieniami ptaków, zwierząt i ludzi, pomiędzy którymi biegły szerokie pasy gęsto zapisane klinowymi znakami. U samego szczytu wyryto ten sam symbol, jaki u początku drogi widzieli w szponach skrzydlatego demona: czteroramienną gwiazdę w koncentrycznych kręgach. Nie było wątpliwości: dotarli do komnaty grobowej.
Jones uważnie, drobiazgowo badał skrzydła wrót, szukając mechanizmu, jaki je otwierał. W pamięci przesuwały mu się podobne sceny ze świątyń i grobowców zagubionych gdzieś w niedostępnej dżungli. Czy można założyć, że konstruktorzy z drugiego końca świata mieli podobne pomysły? Czy jego doświadczenie na cokolwiek się tu przyda? Kate tymczasem równie uważnie studiowała napisy. Kaawalidze wyciągnął z obszernych kieszeni notes i pilnie przerysowywał znaki.
- Jesteś w stanie to odczytać? - szepnął Jones konspiracyjnie.
- Oczywiście - zbliżyła pochodnię do kamiennej powierzchni. Powoli, z zastanowieniem, formułowała słowa.

Ty, który tu przyszedłeś, oddaj hołd świętym przodkom
Niech cię prowadzą ich chwalebne imiona
Rąk swych srebrem i złotem nie obciążaj
Byś głowy w zamęcie nie stracił
Miecz bowiem spadnie na chciwych
A przemoc występnych przeciw nim się obróci
Podniesie się przeciw nim powiew mocy
I jak wichura ich zmiecie
Niebiosa swe bramy otworzą
I grad ognisty spuszczą na nich.

- Co to znaczy? - zainteresował się Cutterdale. - Brzmi jak fragmenty Biblii!
- To klątwy na naruszających spokój grobowca - odezwał się Kaawalidze. - Dość typowe... dość stonowane. Zwykle grożono jeszcze trądem, puchliną i wszelkimi chorobami.
- Dobrze, więc zastanówmy się, jak ten spokój naruszyć. Doktorze Jones! Ma pan jakiś pomysł? - Cutterdale spojrzał na archeologa z wyczekiwaniem.
Jones odwrócił się w stronę drzwi, całkowicie go ignorując. Dopiero teraz mógł docenić ich ogrom. Tak potężne płyty z całą pewnością nie mogły dotrzeć tu tą samą drogą, co oni. Którędy więc? Otrząsnął się, to naprawdę nie był czas i miejsce na rozważanie technicznych problemów starożytnych budowniczych. Niepokoił go całkowity brak czegokolwiek, co mogłoby służyć do otwarcia kamiennych wrót. Żadnych dźwigni... żadnych posągów, które można by obrócić... Oparł się o szarą, wygładzoną płaszczyznę, przesuwał palcami po reliefie, szukając czegoś, co ustąpi pod naciskiem, co da się szarpnąć lub przesunąć. Jednak wzory wydawały się być jedynie wzorami, płytkie zagłębienia nie dawały palcom żadnego oparcia, żadna z figur nie odezwała się znajomym zgrzytem kamienia trącego o kamień.
Kate tymczasem, przykucnięta, przyglądała się progowi komnaty. Tworzyło go dwanaście małych, kamiennych bloków, na każdym z nich wyżłobione rowki układały się w tajemnicze symbole. Szarpnęła Jonesa za rękaw.
- Chwalebne imiona przodków - wskazała.
- Co takiego? - nie zrozumiał Indiana.
- Imiona, spójrz - wskazując palcem, odczytywała napisy. - Noe. Terach. Arpachszad. Lot. Dwanaście pokoleń od potopu do zniszczenia Sodomy.
- Niech cię prowadzą ich chwalebne imiona... - mruknął Jones. - Czyżby to był klucz?
- Nie są ułożone po kolei - stwierdziła Kate. - Po Noem powinien być Sem... Lot z kolei był synem Harana...
Błysk w oku Jonesa mógłby zapalić pochodnię, gdyby przypadkiem któraś zgasła. Dotknął tabliczek, naparł mocno dłońmi, sprawdzając, czy się przesuną. Wyczuł jakby lekkie drgnienie. Spróbował podważyć pierwszą z brzegu, gołymi rękami szło mu to dość opornie. Nie miał nawet noża, Sowieci odebrali mu wszystko, co ich zdaniem mogło posłużyć za broń. Szarpał kamienny bloczek, klnąc pod nosem, zdzierając skórę z palców. Wreszcie oporna płytka drgnęła i wysunęła się nieco, zostawiając odrobinę przestrzeni na manewrowanie. Z następnymi poszło łatwiej, przesuwały się z tak miłym dla jego ucha, znajomym kamiennym zgrzytem. Kate dyrygowała, odczytując imiona, pilnując właściwej kolejności. Nie było łatwo, musiał nieźle wytężyć pamięć, powrócić myślą do młodych lat i szkółki niedzielnej, zanim wreszcie wszyscy patriarchowie znaleźli się na swoich miejscach. Wsunął ostatnią tabliczkę w szczelinę progu i spojrzał z nadzieją na wrota.
Nic.
- Doktorze Jones, radzę się pospieszyć! - warknął groźnie Cutterdale.
Gdzie tkwi błąd? - zastanawiał się gorączkowo Indiana. - Co poszło nie tak?
Kate złapała się za głowę.
- Indy, ależ jestem głupia! - jęknęła. - Odwrotna kolejność! Od prawej do lewej! Tak, jak kierunek pisma w językach semickich!
Zabrali się do roboty jeszcze raz. W sali robiło się coraz duszniej, żar promieniował od strony korytarza. Indiana z całych sił odsuwał od siebie myśl, że nie wystarczy dotrzeć do grobowca... trzeba jeszcze z niego powrócić. Jakoś to będzie, powtarzał w duchu. Coś wymyślę.
Zgrzyt! Tabliczka z imieniem Lota opadła na miejsce. Odsunęli się nieco od wrót, spoglądając na nie w napięciu.
Przeciągły, stłumiony dźwięk rozległ się w sali. Ukryte zawiasy, poruszane zapewne przez skomplikowany system przekładni, drgnęły i z wolna, jakby niechętnie, skrzydła kamiennych drzwi zaczęły się przesuwać. Smuga światła wpadła do środka, w mroku zagrały jakieś błyski... Indiana czuł, jak serce bije mu mocno, krew szumi w uszach. Nic nie dało porównać się z chwilą, gdy otwierały się wrota do starożytnego grobowca, gdy po raz pierwszy od tysięcy lat ludzkie oko znów mogło oglądać jego tajemnice.
Drzwi zazgrzytały raz jeszcze i zapadła cisza.
Ostrożnie, powoli, zbliżyli się do wejścia. Indiana gestem zatrzymał pozostałych. Chciał wejść pierwszy... Oficjalnym powodem było to, że miał największe doświadczenie, jeśli chodzi o starożytne pułapki, lecz tak naprawdę liczyło się coś innego. Pasja zdobywcy. Dreszcz, towarzyszący pierwszemu postawieniu stopy na nieznanym terenie.
Zapomniał jednak, że nie on jeden ogarnięty był tą pasją. Znienacka poczuł mocne szarpnięcie, czyjaś silna ręka odciągała go od wrót. Wściekły błysk w oczach Kaawalidze powiedział mu wszystko. Gruzin, przez tyle lat niedoceniany, zapoznany, zmuszany do utajniania swych odkryć, stwierdził widocznie, że tym razem nie da sobie odebrać chwili triumfu. Stanęli naprzeciw siebie, zajadli, zaperzeni. Indiana nie docenił jednak szybkości Gruzina. Jego pięść spadła na szczękę Jonesa jak piorun, odrzucając go daleko w tył. Upadł na plecy, mało brakowało, a zsunąłby się z podestu wprost na zdradliwe płyty posadzki. Potrząsnął głową, zamroczony. Kaawalidze ze zwycięskim uśmiechem na ustach właśnie przekraczał próg krypty. Usłyszeli jego pełen zachwytu okrzyk.
- Złoto! - wołał Gruzin. - Mnóstwo złota!
Na to hasło jakby nowy duch wstąpił zwłaszcza w przygaszonych nieco najemników. Rzucili się ku wrotom, reszta ekipy podążała za nimi, nie mniej podekscytowana. Blask pochodni oświetlił wnętrze - i zaparło im dech.
Ściany udekorowane były przepięknym fryzem z białego wapienia i muszli na czarnym, bitumicznym tle. Fantastyczne ptaki trzepotały jak żywe, błyskając oczami z lapis-lazuli, lwy przechadzały się dostojnie, wiły się okrutne węże.
- Boże, jakie to piękne! - westchnęła Kate.
Pośrodku sali tkwił dumnie sarkofag - wielka, kamienna skrzynia, kształtem przypominająca but. Surowość jej bryły i niemal całkowity brak ozdób odcinały się od bogactwa zdobień całej krypty. W głowach sarkofagu tkwiły dwie kamienne misy czy znicze, wypełnione lepką, ciemną substancją. Gruzin przyłożył pochodnię, czerwonawy blask płomienia wzbił się wysoko w górę. Teraz dopiero zobaczyli dokładnie to, co leżało pod ścianami - i z ust wszystkich obecnych wydarł się prawdziwy jęk zachwytu. Istotnie - to było mnóstwo złota. Kubki i puchary, figurki i pieczęcie, ozdoby, naszyjniki i pierścienie - to wszystko migotało teraz w blasku ognia, śląc naokoło tajemnicze błyski. Kate westchnęła głośno, wpatrując się rozszerzonymi oczami w cudowny, inkrustowany macicą perłową naszyjnik. Powoli, jak zahipnotyzowana, zbliżyła się, wyciągając ręce...
- Zostaw! - syknął Jones łapiąc ją wpół. Szarpnęła się, patrząc na niego nierozumiejącym wzrokiem. - Rąk swych srebrem i złotem nie obciążaj - wysyczał jej wprost do ucha.
- To tylko słowa - warknęła, próbując uwolnić się z jego uścisku. - Muszę go zobaczyć z bliska, to wygląda na autentyczny...
- To na pewno jest autentyczne - szepnął, nie zwalniając chwytu. - Ale nie ruszaj. Poczekaj.
Blady Karl, który jako pierwszy rzucił się w stronę sterty kosztowności, podnosił właśnie w górę dłonie pełne ciężkich, nieforemnych monet. Błyski światła tańczyły na jego twarzy, wykrzywionej chciwością na wpół z zachwytem. Wydawał się przez moment jakimś triumfującym, pogańskim bóstwem, zwycięską Mamoną... Przez moment. Rozległ się nagły świst, jękliwy zgrzyt i głowa Karla, odcięta wraz z barkiem i ramieniem, potoczyła się po podłodze, znacząc na niej krwawy, półkolisty ślad. Ciało padło wprost w stertę monet, rozpryskując je ze stłumionym brzękiem. Świsnęło znów, Indiana kątem oka dostrzegł błysk ostrza z brązu, błyskawicznie chowającego się w ścianie.
- Miecz spadnie na chciwych - wyszeptała Kate, jej twarz była biała jak papier. Głowa Karla potoczyła się wprost pod nogi Jake'a, spoglądając nań szklistymi oczami, w których zastygło ostanie, śmiertelne zdumienie. Najemnik zachwiał się na nogach, wrzasnął i wypadł biegiem z sali, w której unosił się coraz mocniejszy, duszny zapach krwi. Biegł na oślep, zapominając o pułapkach... Krótki trzask zapadającej się posadzki oznajmił im koniec kolejnego uczestnika wyprawy.
Cutterdale skrzywił się z niesmakiem.
- Tchórze - wymamrotał. - Trzeba było wziąć paru z Legii Cudzoziemskiej.
- Mamy nauczkę - stwierdził Indiana. - Złota nie ruszać. Chociaż... hmmm... myślę, że podłoga jakoś reaguje na obciążenie, więc może...
- Doktorze Jones! - ostro przerwał mu Cutterdale. - Nie przyszliśmy tu po złoto! A przynajmniej jeszcze nie teraz. Niech pan się lepiej zastanowi, co dalej. To musi być gdzieś tu ukryte!
- Taak, może wreszcie dowiemy się, czego szukamy - Indiana wolno, pozornie niedbale przesuwał się w stronę martwego kadłuba Karla. - Myślę, że jedyne miejsce, gdzie tu można coś ukryć... to...
Schylił się błyskawicznie, sięgając po porzucony karabin. Znów jednak nie docenił Gruzina. Stopa w wysokim bucie przydeptała kolbę, uniemożliwiając mu podniesienie broni.
- Nic z tego, doktorze Jones - Kaawalidze wyszczerzył zęby w ironicznym uśmiechu. Podniósł karabin i rzucił go w stronę Cutterdale'a. Lord schwytał go dość zręcznie i w wymowny sposób skierował lufę w stronę Jonesa.
- Proszę kontynuować - mruknął, unosząc brew. Gorączkowa niecierpliwość opuściła go jakby, pozostawiając tak dobrze im znany ironiczny chłód. - Jedyne miejsce to...?
- Sarkofag - wycedził Jones.
Przyjrzeli się z zastanowieniem masywnej, kamiennej bryle. Wydawała się niemal litą skałą, nie do ruszenia, ozdabiał ją jedynie prosty, geometryczny wzór, w którym ponownie dało się zauważyć znajomy symbol gwiazdy. Przednia część była nieco niższa, tylna podwyższona, tak, jakby grobowiec przygotowany był do pochówku w pozycji siedzącej. Płonący znicz rzucał na wszystko czerwonawe światło, cienie zbierały się w kątach komnaty, zakrywając przed ich oczami makabryczne, rozpołowione ciało Karla. Tyle śmierci już za nami, pomyślał Jones. Kto dotrwa do końca? Nie wątpił, że on sam dotrwa, zawsze spadał na cztery łapy. Lecz pozostali? Niech diabli wezmą Cutterdale'a i Gruzina, nie życzył im niczego dobrego, lecz czuł się poniekąd odpowiedzialny za Kate. Za Toma zresztą też, chłopak nie miał pojęcia, w co się wplątuje. Odsunął od siebie te myśli, skupiając się na poważniejszym problemie: jak dostać się do wnętrza grobowca, nie mając praktycznie żadnych narzędzi? Większość sprzętu nieśli ludzie Cutterdale'a i przepadł on wraz z nimi. Zostały im jedynie własne ręce, głowy... i nadzieja, że starożytni budowniczowie zostawili dla nich jakąś furtkę. Indiana pochylił się nad sarkofagiem, zdmuchnął z jego powierzchni kurz, szukając w geometrycznym wzorze jakiejś wskazówki, sugestii, podpowiedzi. Plątanina linii i kształtów pozostawała jednak zagadką. Jedynie motyw czteroramiennej gwiazdy pojawiał się jakby gęściej. Spojrzał na płonące u wezgłowia sarkofagu znicze. Nie były jego częścią, stały osobno, na przysadzistych, żłobkowanych kolumienkach. One również ozdobione były gwiazdą, tym razem bogatszą i świetniejszą, inkrustowaną lapis lazuli. Co więcej, spomiędzy jej ramion wychodziły takie same faliste promienie, jakie widzieli już wcześniej, na początku korytarza. Indiana zbliżył się do pierwszej kolumienki, rzucił okiem na jej podstawę. Wystawały z niej jakby... kolce? Pamięć podsunęła mu natychmiast przykłady tajnych przejść, mechanizmów, zapadni... Szarpnął za jeden z kolców. Zgrzytnęło i kolumienka drgnęła, obracając się nieco.
To było to. Czterech mężczyzn rzuciło się na znicze, obracając i popychając ciężkie kamienie. Ze zgrzytem i ostrym piskiem kolumny przesuwały się powoli, stopniowo, aż wreszcie utknęły. Gwiazdy z lapis lazuli patrzyły teraz wprost na siebie.
Przez chwilę trwała cisza, a potem rozległ się stłumiony, głuchy hurgot i sarkofag powoli zaczął się odsuwać, odsłaniając strome schody wiodące w dół, w ciemność.

20 komentarzy:

Mark Gruber pisze...

dziękuję za dodanie mojego bloga do listy czytanych! zobowiązuję się również zaglądać do Ciebie:) pozdrawiam marek

Anonimowy pisze...

ciulowe. Zajmij się sprzątaniem garaży. Nudziarstwo i kicz w jdnym

Anonimowy pisze...

Indiana Jones, gdyby to przeczytał, chyba zesrałby się z wrażenia...
Totalne nudziarstwo, jak flaki z olejem. Nie zapychaj tym sieci. Pisarka, za dychę.

kura z biura pisze...

Wybacz, Wujku Dobra Rada, nie skorzystam z twych jakże światłych porad...
I nie za dychę. Nie znasz cen rynkowych. :D

Anonimowy pisze...

Z Indiana Jonesem nie przepadam ale wpis niczego sobie ;).

Sierżant pisze...

Drogi Anonimie, do Twego komentarza wkradł się błąd. Indiana jako bohater nie posiada układu wydalniczego, więc jak mógłby się "zesrać"? Widziałeś kiedyś Supermena w toalecie? A Batmana? No właśnie.

Anonimowy pisze...

A Ty Sierżancie widziałeś kiedyś Batmana, żeby mieć 100% pewności, że nie sra. A opowiadanie jest ch*** i za to mnie już nie wincie. Może o czymś tak męczącym przy czytaniu, mam się dobrze wypowiadać? A dla autorki nawet było zbyt wielkim wysiłkiem wykreowanie własnego bohatera, tylko używa czyichś pomysłów.

kura z biura pisze...

Tak, drogi Anonimie, czytanie męczy, wiem.
Specjalnie dla Ciebie mogę dokonać przekładu na formę zrozumialszą i łatwiej przyswajalną, chcesz?
Na przykład taką:
http://kura.pinger.pl/m/724257/tlumaczymy-na-altoreczkowy-%3B)
Od razu lepiej, prawda? I poziom, i język bardziej dopasowany do odbiorcy...

Sierżant pisze...

Po pierwsze Anonimie kochany zwracaj się do mnie Pani Sierżant. Bruderszaftu żeśmy nie pili żebyś się do mnie na "ty" zwracał. I wiesz, może Cię to kochany zaskoczy, ale jestem kobietą. Bardzo kobiecą kobietą, że tak powiem.

I tak się składa, że jestem zagorzałą fanką Batmana. Więc komiksy i filmy obce mi nie są. I zaręczam, że jedyna bytność bohatera w toalecie ograniczała się do opatrywania swych ran wszelakich (jeśli akurat Alfreda z apteczką w dłoni nie było w pobliżu) i spektakularnych scen golenia. Więc tak, widziałam kiedyś Batmana, i tak, mam pewność, że nie "sra" (kulturalni ludzie nazywają to wypróżnieniem).

Sądzę, że powinieneś się zająć czytaniem foto story z Bravo. Mało tekstu, dużo obrazków - coś w sam raz dla Pana Anonima.

Cichy-M pisze...

Widzę że jakiś przedstawiciel "elity" czytającej tylko literaturę piękną się odezwał.
Ładnie to widać po wy(sra)wianiu się...(śmiech)
Sierżant- fotostory?? Chcesz aby się przemęczył??

Sagatachi pisze...

Panie Anonim. Jeśli rzeczywiście to jest "ciulowate"(wypada pisać kiepskie, słabe, tak mi się wydaję) to powiedz co? Chyba że pierwsze zdanie okazało się byś trochę bardziej złożone od Elementarza. Bo wątpię że przeczytałeś całe. Zresztą kura napisała espeszjal for ju wersję dla ludzi za inteligencją tęskniących :) .

emka pisze...

Piękne. Autorka (czy też ałtorka?)z wierną świtą odpowiada na zarzut, że opowiadanie jest nudne atakami ad personam...
Przestańcie sobie i innym wmawiać, że jesteście Bóg wie, jak inteligentni i wyrafinowani. Gdybyście w istocie tacy byli, zajmowalibyście się ambitniejszymi rzeczami niż Indiana Jones, blogaski, denne niemieckie zespoły etc.

kura z biura pisze...

Istotnie, fanfiki nie są może najbardziej wyrafinowaną formą realizowania swych ambicji, hmmm... artystycznych, ale za to jaką przyjemną! ;)
Nie będę się tu wdawać w dyskusje zmierzające ku udowodnieniu, jakąż to jestem inteligentną, błyskotliwą i spełnioną w życiu osobą - bo do tego pewnie w końcu by doszło, zwykle w tego typu polemikach do tego dochodzi. Chcę tylko zwrócić uwagę, że argumentów ad personam jako pierwszy użył nasz szanowny Anonim i to w ostrzejszych słowach niż ja sama czy ktokolwiek z mojej "wiernej świty".
To rzekłszy, Kura oddaliła się z godnością, zadzierając wysoko dziób.

Sierżant pisze...

Jako członkini wiernej świty Jaśnie Piszącej Kury wtrącę swe trzy grosze.

Otóż jak ktoś chce wyjść na inteligenta, obrońce uciśnionych i bohatera maluczkich zarzuca swym przeciwnikom osobiste wycieczki pod adresem rozmówców. Jak się nie ma żadnych argumentów na poparcie teorii głoszącej "Kura i jej świta to wcielenia Szatana" wyciąga się wyssane z palca bzdety o ich (naszej) niekulturalnej postawie.

Tak na marginesie droga Emko: sprecyzuj "denne niemieckie zespoły". Bo jeszcze nie wiem, czy się o to stwierdzenie obrazić.

mk pisze...

Ależ ja nie głoszę, że jesteście "wcieleniem Szatana". Tylko, że uważacie się za Bóg wie, kogo, a tak naprawdę nie macie do tego podstaw.
A to, że ktoś uważa, że to opowiadanie jest nudne, nie znaczy, że jest głupi.

kura z biura pisze...

O mój gadzie. Ależ nam się dyskusja rozpętała pod tym nieszczęsnym 20 rozdziałem "Skarbu".
No dobra. To żeby tak skończyć, uciąć, wyjaśnić... Nie uważam się za Bóg wie kogo, ani mojej pisaniny za ósmy cud świata. To ma być przede wszystkim przyzwoity kawałek literatury rozrywkowej, nic ponadto - ale i nic poniżej. Ktoś uważa to za nudne? Proszę bardzo, ma do tego prawo, choć przyznam szczerze, że kolega Anonim jest w tej opinii dość odosobniony.
Ale nie tu leży pies pogrzebany i dziwię się, że tego nie zauważasz, droga Emko. Przeczytaj sobie jeszcze raz komentarze kolegi Anonima. Uważnie. Naprawdę nic Cię w nich nie zastanawia? Nie rzucił Ci się w oczy ten, ekhem... jakże wyrafinowany ton jego wypowiedzi? Czy nie sądzisz, że tenże ton jednak coś mówi o autorze komentarza? No właśnie.
Nawiasem mówiąc, uwielbiam takich właśnie dzielnych kozaków, co to nie wahają się nawtykać każdemu ile wlezie, korzystając z bezpiecznej internetowej anonimowości.
I to by było tyle na chwilę obecną. Jeśli zadasz sobie nieco trudu i spojrzysz na komentarze do innych notek, zobaczysz, że nie obrażam się za wskazywanie mi konkretnych błędów czy niezręczności. Uwagi krytyczne są wręcz pożądane, jednak pod dwoma warunkami - konkretności i kulturalnej formy. Ot i wsio.

rdest pisze...

Drogi Anonimie, do Twego komentarza wkradł się błąd. Indiana jako bohater nie posiada układu wydalniczego, więc jak mógłby się "zesrać"?

:D droga Pani Sierżant - dla ścisłości jest też błąd w Pani wypowiedzi.

do "srania" nie służy układ wydalniczy, a pokarmowy.

wydalniczy służy do "szczania" ...

kura z biura pisze...

Pokarmowy! No tak! Obserwowaliśmy Indianina jedzącego, Batmana i Supermana również, więc... Ech, Sierżant, cóż to za cios będzie dla Twych wyobrażeń o bohaterach!

Choć jest jeszcze pewna nadzieja... a może oni tak jak miltonowskie anioły, pozbywają się produktów przemiany materii wypromieniowując je przez skórę w postaci energii? O. I tego się trzymajmy ;)

emka pisze...

"Nawiasem mówiąc, uwielbiam takich właśnie dzielnych kozaków, co to nie wahają się nawtykać każdemu ile wlezie, korzystając z bezpiecznej internetowej anonimowości."- pragnę tylko zauważyć, ze sama jakoś nie podpisujesz się imieniem, nazwiskiem i numerem PESEL.
Nie bronię Anonima, ten człowiek mnie kompletnie nie obchodzi. Jestem tylko zdegustowana tym całym Towarzystwem Wzajemnej Adoracji dla osób, które bezpodstawnie uważają się za lepsze od innych.
Na marginesie- to interesujące, że komentarze Anonima zostały powszechnie potępione ze względu na swoją formę, a nikt nie zauważył nic niestosownego w uwadze na mój temat o treści następującej: "Ludzie muszą jakoś wyładować swoje sfrustrowanie seksualne ;)"(cytat za: kura.pinger.pl).

kura z biura pisze...

Ponieważ dyskusja przeniosła się na Pingera, odpowiedź jest tamże, a tą oficjalnie zamykam. Howgh, ja wsio skazał!