Szukaj na tym blogu

niedziela, 19 października 2008

Tajemnica grobowca architekta, odc.4

IV.
Ciemna, błyszcząca wstęga lady oddzielała salę restauracyjną od bogato wyposażonego baru. Indiana usadowił się na wysokim stołku i gestem przywołał pucołowatego chłopaka, ze znudzoną miną polerującego idealnie czyste szklanki.
- Dużą whisky. Bez lodu - zamówił. Obracając w palcach szklaneczkę z ciemnym płynem, analizował wydarzenia dzisiejszego... poranka? Z pewnym zaskoczeniem spojrzał na wiszący na ścianie zegar. Południe dopiero co minęło, a czuł się bardziej zmęczony niż po całym dniu ciężkiej pracy na wykopaliskach. Nie podobało mu się to, co usłyszał. Nie pierwszy raz, co prawda, odbywał tego typu rozmowy z przedstawicielami władz. Kiedyś wszystko było prostsze. Europejskie mocarstwa zabierały, co chciały, włącznie z gigantycznymi posągami i fragmentami budowli - wspomniał okaleczony niemal sto lat wcześniej fronton świątyni w Luksorze. Swego czasu zdobiły go dwa bliźniacze obeliski, dziś jeden z nich tkwił na Placu Zgody w Paryżu.
Ale czasy rabunkowej archeologii już się skończyły. Wprawdzie nadal można było wywieźć większość znalezisk, ale wymagało to załatwiania miliona formalności... lub przemykania się na wpół legalnie ze swymi zdobyczami w nadziei na to, że sowicie opłaceni urzędnicy w odpowiedniej chwili przymkną oko. A najczęściej kombinacji obu tych metod. Wpatrując się w dno szklanki, snuł rozważania nad dalszą strategią. Mustafa Khamil... intrygował go ten człowiek. Nie wyglądał na zwykłego urzędasa, jakich dziesiątki roiły się we wszystkich biurach Departamentu Starożytności. Było w nim coś nietypowego - spokój i pewność siebie, tak różne od rozgorączkowanej, ledwie skrywanej chciwości jego "kolegów po fachu". Ideowiec? Czy po prostu gra o wyższą stawkę?
Ktoś usiadł obok niego. Kątem oka spostrzegł szczupłego, łysiejącego mężczyznę o ogorzałej twarzy i krótko przyciętym wąsie. W jego sztywno wyprostowanej sylwetce było coś charakterystycznego - coś, co od razu przywodziło na myśl wojskową musztrę. Oficer... zapewne emerytowany oficer, poprawił się w myślach Jones, widząc, że skronie sąsiada są mocno już naznaczone siwizną.
Mężczyzna zamówił whisky z lodem, po czym odwrócił się w stronę archeologa.
- Artur Arlington - przedstawił się. - Przypłynął pan "Luksorem"?
- Jones - mruknął Indiana. - Nie, jestem tu już od paru dni. Prowadzę wykopaliska razem z profesorem Ravenwoodem.
- O, to ciekawe - stwierdził Arlington z uprzejmym zainteresowaniem. - Profesor Ravenwood... czy to ten wysoki, brodaty mężczyzna, który wygląda, jakby wiecznie się gdzieś spieszył, ale nie wiedział, dokąd?
- Ten sam - Jones pokiwał głową, ubawiony krótką, ale celną charakterystyką Abnera.
- Zdaje się, przyjechał wraz z córką? - drążył dalej Arlington. - Wydaje się bardzo rozsądną młodą osobą, nie tak, jak te współczesne dziewczyny, co mają fiu-bździu w głowie. Z drugiej strony, chyba nie chce z niej zrobić naukowca? Nie ma nic gorszego, niż przemądrzałe okularnice, patrzące na człowieka z wyższością, jakby pozjadały wszystkie rozumy. A spróbuj pomylić Ramzesa z Tutenchamonem... - Anglik pokręcił głową z dezaprobatą.
Jones uśmiechnął się znowu. Tym razem dlatego, że opis zupełnie nie pasował do Marion. Mimo naprawdę dużej wiedzy i obeznania w tematach związanych z archeologią - nic dziwnego przy takim ojcu - absolutnie nie można było nazwać jej przemądrzałą. Właściwie, to nadal była tym żywym, bezpośrednim dzieciakiem, z którym kiedyś tak chętnie podróżował palcem po mapie...
- Tak nawiasem mówiąc, to bardzo skromna ta wasza ekspedycja - oznajmił Anglik. - Przysłał was uniwersytet w Chicago, prawda? Byłem przekonany, że uczelnia jest w stanie zorganizować większą wyprawę. Pana szef...
- Nie reprezentujemy uniwersytetu - przerwał mu Jones. - Abner natomiast nie jest moim szefem. Współpracujemy.
- Ach, tak - wydawało się, że Arlington odczuł pewną ulgę na wieść, że nie rozmawia ze zwykłym podwładnym, lecz równorzędnym partnerem profesora. - Pracujecie w Wielkiej Świątyni o ile się nie mylę? Czy to prawda, że znajdują się tam jakieś tajemne korytarze? Podobno pochowano w nich którąś z małżonek faraona...
- Pracujemy w mniejszej - Indiana zastanawiał się, skąd jego rozmówca czerpał swe rewelacje. - Grobowiec królowej? No cóż, w zasadzie nic nie jest wykluczone, choć spodziewamy się raczej... - zreflektował się, nie chcąc wyrywać się z przypuszczeniami odnośnie Arki. - Spodziewamy się odkryć nieznane dotąd pomieszczenia świątyni - dokończył dość niezręcznie i pociągnął łyk ze szklanki, by ukryć irytację.
- Proszę wybaczyć, że tak się dopytuję - tłumaczył się tymczasem Arlington. - Jest tu kilka osób z dobrego towarzystwa, moglibyśmy trzymać się razem, poznać lepiej. Profesor Ravenwood, z jego wiedzą, z pewnością mógłby być ozdobą naszego małego kółka.
- Nie będzie zainteresowany - Jones postanowił od razu rozwiać złudzenia Anglika. Zbyt dobrze znał niezbyt towarzyski charakter swego przyjaciela.
- Szkoda, szkoda... - westchnął Arlington, popijając swego drinka. - Wie pan, gdy służyłem w Bombaju, staraliśmy się na wszelkie sposoby utrzymywać wysoki poziom kulturalny i towarzyski. To niezwykle istotne, gdy człowiek jest odcięty od rodzinnego kraju, a czasem nawet od cywilizacji. Przypominam sobie...
- Śpieszę się - mruknął Jones, odstawiając niedopitą whisky. Ostatnią rzeczą, na jaką miał teraz ochotę, były wspomnienia emerytowanego brytyjskiego oficera.
- Wyjdę z panem - Arlington najwyraźniej nie należał do osób dających się łatwo spławić. - Może jednak profesor Ravenwood da się namówić na jakieś spotkanie, odczyt? Jest tu grupka osób, które chętnie poszerzą swą wiedzę, bo to, co mówią przewodnicy... - wzruszył pogardliwie ramionami. - Myślałem też o zorganizowaniu spotkania z tą pisarką, panną de la Sara.
- Zna ją pan? - zaintrygowany Jones spojrzał żywo na swego rozmówcę. Ten niepewnie potrząsnął głową.
- O tyle, o ile. Nie zostaliśmy sobie przedstawieni, ale właściwie, wie pan... w takich miejscach, jak to, konwenanse tracą znaczenie. Cóż to zresztą za niezwykła kobieta! Czytał pan może jej powieści?
Jones przecząco potrząsnął głową. Kiedy w ogóle ostatnio czytał cokolwiek z beletrystyki? Od długiego czasu na jego lekturę składały się niemal wyłącznie fachowe czasopisma.
- Ja też nie - szepnął Arlington konfidencjonalnie. - Nie znam się kompletnie na tej babskiej literaturze! Moja siostra twierdzi co prawda, że te książki są bez wartości i w dodatku niemoralne, ale oczywiście tego nie mogę jej powtórzyć. Zresztą moja siostra jest bardzo krytyczna wobec pisarzy. Została surowo wychowana, rozumie pan. Ale mniejsza z tym. Wracając do panny de la Sara - cóż to za niezwykły przypadek, że postanowiła akurat tu zostać na dłużej! Wspaniała kobieta... ten szyk! Ten wdzięk! Prawdziwie francuski!
- Ach, tu jesteś, Arturze! - rozległo się od wejścia. Obejrzeli się obydwaj. W drzwiach stała szczupła kobieta o bladej cerze i jasnych, gładko zaczesanych włosach, ściągniętych w ciasny kok.
- Witaj, Emmo - Arlington, przed chwilą tak ożywiony, wyraźnie zgasł. - Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o profesorze Ravenwoodzie i jego ekspedycji? Poznałem właśnie jego współpracownika - uśmiechnął się w odpowiedzi na nieufne spojrzenie siostry.
- Indiana Jones - mruknął archeolog, ściskając suchą, chłodną dłoń kobiety. Ta uniosła lekko brwi, jakby chciała w ten sposób dać do zrozumienia, co sądzi o tak dziwacznym imieniu.
- Znowu pijesz - zmierzyła brata karcącym spojrzeniem. - Nie powinieneś. Przecież wiesz doskonale, co ci powiedział lekarz. Doprawdy, Arturze, chcesz się wpędzić do grobu! - wykrzyknęła dramatycznym, łamiącym się głosem.
- Nie przesadzaj, moja droga - Arlington był wyraźnie zmieszany. - Odrobina dobrej whisky jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
- Odrobina? - Emma zmrużyła ironicznie oczy, jej usta zacisnęły się w kwaśny grymas. - Skoro tak mówisz... Mniejsza z tym. Oczywiście nie pamiętasz, co mi obiecałeś?
Arlington zamrugał oczami, zaskoczony. Jones ze wzrastającym rozbawieniem obserwował sprzeczkę rodzeństwa. Kierowali się teraz w stronę wyjścia z hotelu, za chwilę ich pożegna i zniknie.
Nie było to jednak takie proste. Już w drzwiach niemalże zderzyli się z wysokim, mocno zbudowanym mężczyzną, który wpadł jak burza do holu i nerwowym głosem zaczął pokrzykiwać na obsługę. Emma Arlington skrzywiła się.
- Znów ten nieprzyjemny człowiek - powiedziała z irytacją. - Arturze, on mi się zdecydowanie nie podoba. Już na statku zachowywał się jak ostatni gbur.
- Nie przesadzaj, moja droga - Anglik starał się zachować cierpliwość. - Nic złego nam nie zrobił, a że jest trochę nieokrzesany... no cóż. To Szkot - dodał, jakby to stwierdzenie wszystko wyjaśniało. - Spójrz raczej, kto nadchodzi!
Od strony miasteczka zbliżali się Abner wraz z Hassanem. Szli wolnym krokiem, pogrążeni w jakiejś dyskusji. Zapewne minęliby grupkę przed hotelem, gdyby nie inicjatywa Arlingtona, który uznał widać, że nie może przepuścić okazji do zagadnięcia znanego archeologa. Abner, wyraźnie rozkojarzony, mruknął coś niezrozumiałego. Hassan, swoim zwyczajem, przywitał się z przesadną wylewnością. Jego małe, bystre oczy uważnie obserwowały zebrane towarzystwo, okolona ciemną brodą twarz przybrała nieodgadniony wyraz.
- Abner, jakie plany na dziś? - spytał Jones, choć był prawie pewien odpowiedzi. - Wracamy do świątyni?
- Za późno - stwierdził z rezygnacją Abner. - Prosiłem Marion przed wyjściem, żeby spakowała do wysłania te drobiazgi z trzeciej komnaty. Trzeba będzie znowu wszystko rozpakować - rzucił wściekłe spojrzenie w stronę hotelu.
- Och, prowadzicie prace w świątyni? - zainteresowała się Emma. - Nie boją się panowie? Tyle się mówi teraz o klątwach, o tajemniczych, mistycznych siłach, strzegących grobowców... Nie, żebym wierzyła w coś takiego - zastrzegła się natychmiast. - To oczywiście przesądy, ale jednak...
Wyraz niesmaku przemknął przez twarze obydwu archeologów.
- Droga pani, nie ma czegoś takiego jak klątwa - Abner podjął się próby sprostowania irracjonalnych poglądów swej rozmówczyni. - Martwi faraonowie spoczywają w pokoju. O wiele większym zagrożeniem są... ludzie.
- Ludzie? - podchwycił Arlington. - Co ma pan na myśli? Złodziei?
- Między innymi... - odparł Abner. - Choć gorsze od nich są chciwe pijawki - warknął wściekle.
Indiana poczuł, że rozmowa zaczyna przybierać niezręczny obrót. Nie miał zamiaru wtajemniczać przygodnych znajomych w ich problemy z Departamentem Starożytności, a na to się właśnie zanosiło. Zanim jednak zdążył wymyślić, jak odwrócić uwagę towarzystwa, wyręczył go przypadek. Drzwi hotelu otwarły się gwałtownie i wypadł z nich ten sam mężczyzna, którego mijali kilka minut wcześniej. Ciemne, krótko przycięte włosy jeżyły mu się nad czołem, ściągnięte brwi nadawały twarzy ponury wyraz. Wyraźnie zdenerwowany, ruszył przed siebie, potrącając niechcący Arlingtona.
- Przepraszam, pułkowniku - burknął. - Ci ludzie potrafią doprowadzić człowieka do szału. Nic nie wiedzą. Nic nie umieją wytłumaczyć. Prawie jak ci Hindusi, o których opowiadał pan na statku. Co za dzicz! - sapnął głośno. - Naprawdę nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zostać tu na te parę dni! Powinno się ich powystrzelać dla przykładu!
- Doprawdy, jest pan zbyt gwałtowny, panie MacNeil! - wycedziła zimno Emma. - Nie ma potrzeby takiego popisywania się przed nami swoim złym humorem!
Mężczyzna zmierzył ją od stóp do głów przeciągłym, ironicznym spojrzeniem.
- Ach, nasza bogobojna panna Arlington - uśmiechnął się nieszczerze. - Ciekawe, co pani by zrobiła, gdyby przez tutejsze niedbalstwo zaginęły ważne dokumenty. Właśnie się dowiedziałem, że poczta, która miała być wczoraj wysłana "Luksorem", wciąż spoczywa w tutejszym urzędzie. W dodatku absolutnie nikt nie poczuwa się do winy - z irytacją machnął ręką.
Indiana poczuł w duchu odrobinę przewrotnej satysfakcji, że nie tylko oni padli dziś ofiarą złośliwego losu, czy też ludzkiej głupoty.
- To niemożliwe! - oburzył się Hassan. - Kierownikiem poczty jest mój siostrzeniec, znam go, z pewnością nie dopuściłby się takiego niedbalstwa! To jakieś nieporozumienie...
MacNeil pogardliwym prychnięciem wyraził swoje zdanie o siostrzeńcu Hassana.
- A cóż pan tam miał takiego ważnego? - zainteresowała się Emma.
- Doprawdy, jest pani zbyt ciekawska, panno Arlington! Pułkowniku, proszę powiedzieć siostrze, żeby nie interesowała się cudzymi sprawami... - szare oczy MacNeila błysnęły groźnie. Emma poczerwieniała z oburzenia.
- Ależ drodzy państwo, nie warto się kłócić! - interweniował Hassan. - Osobiście wyjaśnię tę sprawę - zwrócił się do Mac Neila z ugrzecznionym uśmiechem. - Nie można dopuścić, żeby wyjechali stąd państwo ze złymi wspomnieniami! A czyjeś dobre imię tak łatwo zniszczyć... Jeśli raz uznamy kogoś za złodzieja, już zawsze będziemy go za takiego uważać!
- Nie mówiłem nic o złodziejach - bąknął zdziwiony MacNeil. - Jedynie o niedbalstwie i opieszałości.
- Ach, to na jedno wychodzi - zatrzepotał rękami Hassan. - Niedbalstwo dla urzędnika jest jak... - zaplątał się sam nie wiedząc, jakiego kwiecistego porównania użyć tym razem. MacNeil wzruszył ramionami, wcale nie wyglądając na przekonanego. Indiana przyglądał się Szkotowi spod oka. Przypominał nieco Abnera, zarówno budową ciała, jak i charakterem. Był jednak nieco chudszy, bardziej żylasty, sprawiał wrażenie wysuszonego przez słońce i wiatr. Nie wyglądał bynajmniej na turystę, przemierzającego świat w wygodnej kajucie statku i nocującego w komfortowych hotelach - przeciwnie, wydawało się, że jego żywiołem jest niegościnna pustynia. W ostrych rysach twarzy, w zmrużonych oczach dało się odczytać ironię i cynizm. Nic dziwnego, że musiał wydawać się ostatnim gburem dla kobiet pokroju Emmy Arlington.
- To my już pójdziemy - Abner miał zdecydowanie dość towarzyskich pogawędek. - Mamy dużo pracy, Indiana, nawet jeśli nie idziemy dziś do świątyni!
- Do widzenia profesorze! - Hassan z przesadnym entuzjazmem potrząsał dłonią Ravenwooda. - To prawdziwy zaszczyt znać kogoś takiego, jak pan, kto ma zawsze jedną twarz i jedno imię dla przyjaciół... kto potrafi dzielić się z innymi swą wielką wiedzą...
Oddalając się, dłuższą chwilę słyszeli jeszcze za sobą pokrzykiwanie Egipcjanina.
- O co mu chodziło? - zdziwił się Jones. - Wyglądał jak kot nad miską śmietanki. Ubiłeś z nim jakiś interes?
- Skąd - żachnął się Abner. - Nie mam pojęcia. Co za szalony dzień! Urzędasy robią trudności, Hassan gada od rzeczy, a jeszcze to dziwaczne towarzystwo... Widywałem tych Angoli już wcześniej, ale celowo unikałem spotkania, a teraz klops. Znam takich. Upierają się, żeby zaprosić cię na jakieś nudne spotkanie, gdzie musisz odpowiadać na mnóstwo durnych pytań. I zawsze znajdzie się jakaś idiotka, która wyrwie się z opowieścią o klątwie faraonów, czy inną bzdurą...
- Cena sławy! - Indiana uśmiechnął się, zastanawiając się jednocześnie, czy sam kiedyś tego doświadczy. Co musiałby osiągnąć, aby jego nazwisko stało się równie znane, jak Abnera? Odnaleźć Arkę? Nie... to zostawi przyjacielowi. Starożytni pozostawili po sobie dość cennych artefaktów, żeby starczyło dla nich obu.
Byli już w pobliżu kwatery, gdy Indiana zatrzymał się nagle. W perspektywie uliczki zauważył znajomo wyglądającą postać. Była jeszcze daleko, ale tej sylwetki nie dało się z nikim pomylić... Madeleine.
- Wiesz co, Abner? Nie czekaj na mnie.
Abner mrugnął porozumiewawczo.
- Ok, chłopcze, nie będę cię zatrzymywać. Zabytki nie zając, nie uciekną, a panna de la Sara może. Choć pewnie nie miałaby nic przeciwko, gdybyś to ty ją gonił - z rozmachem klepnął Indianę w plecy.
Jones wyszczerzył zęby w uśmiechu. Abner zawsze świetnie go rozumiał. Odwrócił się i energicznym krokiem ruszył na spotkanie przygody.

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Był już święty czas! :)
Ale opłaciło się poczekać. Może wcześniejsze byłoby marniejsze, a tak...


jasza

Sineira pisze...

Żeby potem nie gadała, że tylko wytykam...
Bardzo fajniósie i wogóle sópcio te opko, pirz koffaniósia dalej!
(diabelski chichot, kurtyna)

kura z biura pisze...

Bendem pirzyć.
(kłania się w pas).

Cichy-M pisze...

Opowiadanie bardzo mi sie podoba. Na kolejne rozdziały czekam niecierpliwie!

mysticegypt.blog.onet.pl pisze...

Nie uwierzysz... Działa! Wreszcie mogłam do Ciebie wpaść...oO