Szukaj na tym blogu

sobota, 26 lipca 2008

Indiana Jones i tajemnica grobowca architekta odc.1

I.

Wiatr wył ponuro, niosąc tumany śniegu, wściekle uderzając o małe, zaparowane okienka ubogiego hoteliku na obrzeżach Katmandu. W barze siedział tylko jeden podróżny. Zatopiony w jakichś tajemniczych rozmyślaniach, wyglądał przez okno, próbując coś dojrzeć w zapadającym szybko zmroku.
Przed chwilą z niejakim trudem udało mu się dogadać z posługującym się kiepską angielszczyzną barmanem. Uzyskał informacje, jakich poszukiwał... przynajmniej częściowo. Nie tak łatwo kogoś znaleźć w mieście, które wciąż, chaotycznie i bez planu, odbudowywało się po potężnym trzęsieniu ziemi, jakie zniszczyło je dwa lata temu, w 1934. Na szczęście osoby, których szukał, były... dość charakterystyczne.
Teraz powinien wziąć się w garść, wyjść, przewędrować na drugi koniec miasta. Odwlekał tę chwilę. I nie chodziło tu o szalejącą zadymkę. Raczej o wspomnienia.
***
Dziesięć lat wcześniej, na drugim końcu świata, tak samo wściekle wył wicher, niosąc ze sobą jednak tumany nie śniegu, lecz piasku. Mały parowy stateczek stękając i trzeszcząc przybił do nabrzeża w Abu Simbel. Tylko jedna osoba zeskoczyła z trapu i kuląc się pod uderzeniami wiatru podążyła ścieżką w głąb lądu. Młody mężczyzna we wciśniętym mocno na oczy kapeluszu, z marynarskim workiem przewieszonym przez ramię, szedł uparcie przed siebie, mijając stromy klif wznoszący się nad samym brzegiem Nilu. Gdyby rozejrzał się nieco, ujrzałby cztery potężne posągi, wycięte w skale... ale to nie była odpowiednia pora na rozglądanie się.
Wiatr zelżał nieco, gdy wędrowiec wkroczył w wąskie uliczki miasteczka. Po lewej miał hotel "Re-Horachte", jeden z niewielu reprezentacyjnych budynków, lecz nie hotelu szukał. Gdzieś na zachodnim krańcu osady - że też nie poprosił o dokładniejsze wskazówki! - powinna się znajdować kwatera jego przyjaciół. Szedł powoli, szukając budynku, który pasowałby do opisu w ostatnim liście. Hmm... czyżby ten?
Drzwi otwarły się z głośnym zgrzytem dawno nie oliwionych zawiasów. W świetle padającym z korytarza dostrzegł wysoką, barczystą sylwetkę...
- Indiana! - znajomy bas zahuczał mu koło ucha.
- Abner!
Nauczyciel i uczeń padli sobie w objęcia, poklepując po plecach... a przy okazji strząsając tonę piasku z ronda kapelusza Indiany. Abner, uradowany, poprowadził gościa w głąb domostwa. Jak wiele budynków w tych okolicach, zbudowane było na planie kwadratu, płaskodache, z obszernym dziedzińcem na środku. Weszli do obszernej, dość wygodnie urządzonej kuchni. Zza stołu poderwała się szczupła, ciemnowłosa dziewczyna, w pośpiechu przewracając stołek, na którym siedziała.
- Indy! - jej głos rozbrzmiewał radością, oczy błyszczały.
- Marion? - w głosie przybysza dźwięczało zdumienie. - Nie wierzę! Jak ty wyrosłaś!
- A ty się wcale nie zmieniłeś... no, może trochę. Wciąż nosisz tę fedorę? - przesunęła palcem po zakurzonym rondzie kapelusza.
- Wciąż. To mój talizman - Indiana porozumiewawczo mrugnął do Abnera. - Ech, dobrze was znowu zobaczyć. Jak cię ostatnio widziałem, byłaś taka - przesunął dłonią jakiś jard nad podłogą.
- Przesadzasz - wybuchnęła śmiechem. - To nie mogło być aż tak dawno. Widzieliśmy się... - spoważniała nagle.
- Cztery lata temu. Na pogrzebie Helen - dokończył Abner.
- No i jak sobie dajesz radę? - spytał Indiana przyjaciela. Przypomniał sobie mały, cichy cmentarzyk gdzieś w Illinois... siąpiący beznadziejnie deszcz... trzynastoletnią Marion w zbyt obszernej, naprędce przerabianej czarnej sukience, szlochającą rozpaczliwie po śmierci matki. Jego dobry nastrój ulotnił się w mgnieniu oka.
- Ujdzie - Abner wzruszył ramionami, lecz i on sprawiał wrażenie zgaszonego, nagle postarzałego.
Dureń ze mnie, pomyślał Indiana. Nie powinienem zaczynać. Pamięć podsunęła mu obraz wysokiej, postawnej kobiety, z kokiem niedbale upiętych czarnych włosów. To Helen trzymała dom silną ręką, to jej spokojny, lecz stanowczy głos wyznaczał każdemu jego miejsce i zadania do spełnienia. Była kompletnym przeciwieństwem Abnera - pasjonata i zapaleńca, ryzykanta i awanturnika. A jednak w jakiś tajemniczy sposób uzupełniali się oboje, tworząc jeśli nie pełną harmonię, to coś możliwie najbardziej do niej zbliżonego na tym niedoskonałym świecie.
Zapadło niezręczne milczenie. Łojowa świeczka, krzywo przytwierdzona do stołu, posykiwała i kapała na blat kroplami tłuszczu. Marion bezmyślnie rozmazywała je palcem.
Abner ocknął się pierwszy.
- No dobra. Co było, to było. Pewnie chciałbyś wiedzieć, dlaczego do ciebie pisałem? - zwrócił się do Jonesa, który z ulgą przyjął zmianę tematu.
Entuzjastyczny choć tajemniczy list Abnera zastał go w Nowym Jorku, gdzie kręcił się właśnie poszukując jakiejś stałej i w miarę dobrze płatnej pracy. Miał już na oku posadę nauczyciela historii w pewnym żeńskim college'u, lecz bez żalu porzucił te plany, odpowiadając na zew przygody. Abner Ravenwood, znany ze swych śmiałych pomysłów i niekonwencjonalnych metod, nie był co prawda uważany za najlepszy wzór dla młodego pokolenia archeologów, lecz Indianie właśnie jego styl pracy odpowiadał najbardziej. Patrząc na swego profesora widział całą, odchodzącą już w zapomnienie, generację poszukiwaczy skarbów, tych, którzy nie wahali się ryzykować życiem, aby wydrzeć starożytnym ruinom ich tajemnice. Ravenwood był ich godnym i bodaj czy nie ostatnim spadkobiercą.
Zastanawiał się też, czy to wezwanie do Egiptu ma jakiś związek z obsesją Abnera. I był gotowy założyć się, że tak.
Od wielu już lat największym marzeniem Ravenwooda i celem jego życia było odnalezienie Arki Przymierza. Wertując Biblię, studiując starożytne źródła, doszedł do niezachwianego przekonania, że za jej zaginięcie odpowiedzialny jest egipski faraon Szeszonk I. On to niegdyś, korzystając z zamętu, jaki zapanował w Izraelu po śmierci Salomona i rozpadzie królestwa na część północną i południową, wdarł się tam jak burza piaskowa, szybkim marszem dotarł aż pod Jerozolimę i wrócił, jak przyszedł, zabierając ze sobą obfite łupy. Wśród zrabowanych skarbów świątynnych z całą pewnością znajdowała się Arka - perorował z zapałem Abner przy każdej możliwej okazji. Popadł zresztą z tego powodu w zajadły konflikt z profesorem Vernerem Stevensonem ze swej macierzystej uczelni, który z kolei zaginięcie Arki datował raczej na okres niewoli babilońskiej. Indiana uśmiechnął się lekko na wspomnienie tych waśni, choć ich finał wcale nie był zabawny. Stevenson bowiem, doprowadzany do szału przez wybuchowy charakter kolegi, uruchomił swe rozległe znajomości i doprowadził do usunięcia Abnera z jego katedry i przeniesienia na jakieś podrzędne stanowisko w prowincjonalnej filii. Obrażony archeolog złożył natychmiastowe wymówienie i od tej pory utrzymywał się niemal wyłącznie ze zleceń od prywatnych kolekcjonerów, podejmując coraz bardziej i bardziej ryzykowne wyprawy, balansując nieraz na krawędzi prawa. To wszystko stało się jakiś rok czy dwa po śmierci Helen i na dobrą sprawę było Jonesowi znane jedynie z lakonicznych wzmianek w listach przyjaciela - nie należał on do osób użalających się nad sobą - lub z uwag, jakie niechętnie rzucali wspólni znajomi.
Spojrzał teraz z zainteresowaniem na Abnera, który najwyraźniej szykował się do dłuższej opowieści.
- Jak zapewne wiesz, siedzimy tutaj już od dwóch miesięcy - rozpoczął Abner. - I jeśli dobrze pójdzie, spędzimy tu całą zimę. W lecie, kiedy ty znów włóczyłeś się po dżungli, skontaktował się ze mną Randolph Perkins, ten tak zwany "król stali". Słyszałeś o nim pewnie?
Indiana skinął głową. Perkins, milioner, właściciel Bóg wie ilu kopalni i hut, trzymający w garści rynek na całym Zachodnim Wybrzeżu, był postacią szeroko znaną i wcieleniem "amerykańskiego snu". Ubogi chłopak z jakiegoś zapyziałego miasteczka na Zachodzie, dzięki własnej pracy i samozaparciu, dostał się na sam szczyt. Aktualnie zbliżał się do siedemdziesiątki i zajmował jedno z czołowych miejsc na liście najbogatszych Amerykanów. Nie zapomniał jednak o swym pochodzeniu, wręcz przeciwnie, chlubił się nim przy każdej okazji. Zadbał też o swe rodzinne miasteczko... jak też ono się nazywało... coś-tam-ville... czyniąc z niego niewielki lecz prężnie się rozwijający ośrodek przemysłowy. Tylko co wspólnego miał z archeologią?
- Zaprosił mnie do siebie - kontynuował Abner - i zwierzył ze swego pomysłu, aby zorganizować w Ashtonville, wiesz, jego rodzinnym mieście, muzeum z prawdziwego zdarzenia.
- Tata byłby dyrektorem - wtrąciła z dumą Marion.
- No właśnie. Ale póki co, muzeum musiałoby powstać od podstaw. A ponieważ Perkins do wszystkiego w życiu doszedł samodzielnie, nie satysfakcjonuje go po prostu zakupienie takiej czy innej kolekcji od pośredników. Wolał zorganizować własną ekspedycję.
- Kto wybrał miejsce? - zainteresował się Indiana.
- Ja... częściowo - odparł Abner. - Perkins nalegał na Egipt, wiesz, po ostatnich odkryciach Cartera stał się strasznie modny. Każda gospodyni domowa słyszała o Tutenchamonie, każde muzeum stara się ściągnąć przynajmniej jedną mumię. Zatem kwestia kraju była z góry przesądzona, ja natomiast zdecydowałem się na Abu Simbel - archeolog przybrał tajemniczą, lecz pełną satysfakcji minę.
- Spodziewasz się tu czegoś... szczególnego? - Jones pytająco uniósł brwi.
Tajemniczy uśmiech Abnera pogłębił się jeszcze, w jego oku zapalił się tak dobrze znany Indianie błysk.
- No wiesz... - zaczął z udawaną nonszalancją - jesteśmy na niezwykle ciekawych terenach, u samych wrót Nubii. To wciąż mało zbadane obszary i nie tak zatłoczone jak Karnak czy Dolina Królów, gdzie jedna ekspedycja depcze po piętach drugiej, a wszędzie kręcą się turyści. Co prawda i tu mamy trochę tej szarańczy, statki wycieczkowe przybijają co parę dni, lecz zwykle wystarcza im to, co powie oficjalny przewodnik. Nie włażą nam na głowę... choć ostatnio...
- Abner! - Indiana popatrzył na niego znacząco. Jego nauczyciel znów zaczął jedną ze swoich znanych gierek. Niejeden raz drażnił się z nim, sypiąc jak z rękawa wszystkimi nieistotnymi informacjami, z pełną świadomością, że słuchacz niecierpliwie czeka na te najważniejsze.
- Dobrze już, dobrze - mruknął Ravenwood. - Jak zwykle jesteś w gorącej wodzie kąpany, brak ci spokoju, cierpliwości tak ważnej dla naukowca...
- Abner! - znów przerwał mu Indiana, tym razem z większym naciskiem. Marion zachichotała.

Ravenwood nabrał powietrza w płuca, ogarnął dumnym spojrzeniem oboje słuchaczy, ciesząc się napięciem, jakie wyraźnie malowało się na twarzy Indiany.
- Ptahotep! - wypalił wreszcie. - Czy coś ci mówi to imię?
Jones skupił się, przebiegając w myśli listę najważniejszych postaci z historii Egiptu. Sądząc po imieniu, mógł to być kapłan lub dostojnik... Pokręcił głową. Nic.
- Nie dziwię się - łaskawie przyznał Abner. - Sam poznałem tę postać całkiem niedawno. Podczas mojego zeszłorocznego pobytu w Karnaku, gdzie badałem Relief Zwycięstwa i inne inskrypcje świątynne, znalazłem drobną, lecz bardzo ciekawą wzmiankę...
Indiana skinął głową. Byli w domu. Relief Zwycięstwa faraona Szeszonka, wymieniający nazwy zdobytych przezeń miast, stanowił kość niezgody w środowisku archeologów zajmujących się dziejami krajów biblijnych. Na częściowo zniszczonej ścianie brakowało bowiem nazwy Jerozolimy, co stanowiło koronny argument dla przeciwników teorii o uprowadzeniu Arki przez Egipcjan. Abner doskonale o tym wiedział, a jednak wybrał się, by ponownie studiować sporne zapisy. Co odkrył?
- Badałem właśnie wewnętrzny dziedziniec świątyni Mut. Szedłem na stanowisko codziennie tuż przed świtem, żeby mieć przynajmniej parę godzin zupełnego spokoju. Pewnego dnia, zbliżając się do świątyni, zauważyłem coś podejrzanego. Jakiś obdarty Arab wyłaził właśnie z dziury w ziemi. Na mój widok zaczął uciekać. Goniłem go przez chwilę, ale już nie dla mnie takie rozrywki, więc dałem spokój i wróciłem na miejsce, gdzie go zauważyłem. Drań wykopał cały tunel prowadzący w głąb świątyni, z zewnątrz zamaskowany głazami. Wlazłem tam oczywiście, choć był strasznie wąski i bałem się przez chwilę, że utknę. Korytarz prowadził do komnaty, jakiej jeszcze nigdy nie widziałem. Musiała leżeć gdzieś w samym sercu świątyni. Znalazłem ślady zamurowanego wejścia, a wewnątrz - to!
Niespodziewanie na stole znalazła się mała, drewniana skrzynka. To Marion oddaliła się po cichu w trakcie opowieści ojca, by przynieść eksponat. Abner delikatnie otworzył szkatułkę. Wewnątrz spoczywał niewielki posążek krowiorogiej bogini oraz dwa kruche zwoje papirusu. Ostrożnie, powoli archeolog rozprostował starożytne zapisy. Pochylili się nad nimi obaj. Indiana uważnie, w skupieniu przebiegał wzrokiem równe rządki pisma hieratycznego.
- Architekt? - zapytał unosząc głowę.
- Tak - potwierdził Abner z satysfakcją. - Ptahotep, nadworny architekt Szeszonka I, twórca Tanis.
Obaj zamilkli na chwilę. Indiana czuł, jak ogarnia go podniecenie. Legendarne Tanis, ukryte miasto, zbudowane ponoć jedynie po to, aby stać się schronieniem Arki... Miasto, które gniew boski pogrzebał pod tysiącami ton piasku... Te niepozorne zwoje mogły stać się kluczem do jego odnalezienia.
- Czytaj dalej - Abner przytrzymywał delikatnie kolejny zwój.
- Ja, Ptahotep, budowniczy świątyń, pokorny sługa Szeszonka-Ukochanego-Przez-Amona, oby żył wiecznie, mówię wam, synowie moi i wnuki:
Ponieważ spodobało się bogom wywrzeć gniew swój na mnie za świętokradztwo, któregom się dopuścił, ja niegodny sługa swego pana,
Ponieważ sprawili oni, że dzieło mojego życia znikło na wieki sprzed ludzkich oczu,
Przeto odchodzę dziś do przybytku Tej, która Dzierży Zwierciadło, Pani Nieba w Siedmiu Postaciach, aby tam duszę swą oczyścić i przygotować.
Sekret mój zabieram ze sobą. Niech klątwa bogów dotknie i oślepi tego, który szukać będzie wiedzy nie dla siebie przeznaczonej.
Was niech prowadzi ścieżka Ra, wschodzącego o poranku. Kto umie podążać jego drogą, ten niech dopełni boskiego przeznaczenia.

Indiana wolno podniósł głowę znad papirusu.
- A zatem z tego powodu jesteście tu - stwierdził. - Pani Nieba to oczywiście Hathor, patronka mniejszej świątyni w Abu Simbel. W głównej świątyni mamy z kolei Ra. Ale mimo wszystko to dość słabe przesłanki. Świątynie tych dwojga były praktycznie wszędzie.
Abner machnął ręką.
- Oczywiście, że to nie są jedyne przesłanki. Jutro pokażę ci resztę materiałów. W każdym razie jestem przekonany, że Ptahotep tu właśnie zakończył swe życie, prawdopodobnie jako kapłan Hathor i tu został pochowany. Szukam eksponatów do muzeum Perkinsa... a przy okazji pewnego grobowca... - uśmiechnął się chytrze. - A tam, kto wie, kto wie... jakie sekrety czekają na nas.
- Myślisz, że ją odnajdziemy...? Arkę?
- Czuję, że jestem blisko... - wyszeptał Abner. - Tak blisko, jak nigdy dotąd.

Indiana uśmiechnął się szeroko. Zew przygody rozbrzmiewał coraz wyraźniej.

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Kuro, Ty już wiesz co o tym myślę...

jasza

Sineira pisze...

"... wściekle uderzając o małe, zaparowane okienka ubogiego, prymitywnego hoteliku na obrzeżach Katmandu."
"mały, prymitywny, parowy"
"wysoką, barczystą"
itd.

Za dużo grzybów w barszczu, czyli ogranicz ten wysyp przymiotników. Zaburzają rytm. Jeśli w kolejnych zdaniach pojawiają się grupy przymiotników, oddzielonych przecinkiem, tekst zaczyna kuleć. Jeśli zaś każdemu rzeczownikowi przyporządkowany jest przymiotnik, tekst brzmi nazbyt szkolnie. Myślę, że bez żadnej szkody dla tekstu mogłabyś wyrzucić - powiedzmy - 1/4 przymiotników.

kura z biura pisze...

Kurde, ale ja tak lubię takie dwu- a nawet trójprzymiotnikowe zestawienia...

Sineira pisze...

Ja też, ale z umiarem;)
Przecież uczciwie zapowiedziałam, że będę się czepiać!

Anonimowy pisze...

"Drzwi otwarły się, skrzypiąc i piszcząc rozgłośnie."

Nie lepiej by było "... piszcząc głośno"? Z niewiadomych powodów od tego "rozgłośnie" mi dreszcze po plecach przebiegły. Jakoś to nie pasuje, gryzie się.

Ale może ja mam wypaczony opkami gust.

Sierżant